piątek, 4 września 2015

„Kwiaty wojny” – pieśń o tym, co rozkwitło w Nankin podczas bardzo długiej zimy


                Ciągnąc temat Azji, chciałabym przytoczyć niezwykłą historię, którą pokazała mi ostatnio siostra, miłośniczka kultury Dalekiego Wschodu. To jednak zupełnie inny temat, inne czasy, choć ludzie wciąż ci sami. Co najważniejsze nie trzeba być wielbicielem tradycji Państwa Środka, by zrozumieć ten film. Ciekawi mnie tylko, czemu tak wiele pięknych historii ma zakorzeniony w sobie głęboki smutek.
                Mamy zimę na przełomie lat 1937-38, Nankin ówczesna stolica Chin, po długim ostrzale artyleryjskim właśnie została zdobyta przez wojska japońskie. Żołnierze broniący miasta nie mieli szans w starciu z dużo lepiej uzbrojonymi oddziałami generała Iwane Matsui. Na ulicach grupy pozbawionych wszelkich skrupułów japońskich żołnierzy rozpętują piekło, które później otrzyma nazwę „Masakry nankińskiej”. Wśród gwałtu i wszechobecnej śmierci, jedyną ostoją wydaje się być chrześcijański kościół.  Stanowi on schronienie dla grupy klasztornych wychowanic, do których dołącza John Miller - grabarz oraz kilkanaście prostytutek szukających za tamtejszymi murami bezpiecznego azylu. Jednak nawet to miejsce nie zdoła ich ochronić przed Japończykami.
                Z początku nieco sceptycznie podchodziłam do „kolejnej” wojennej historii, w której okrucieństwo miesza się z heroizmem. Muszę jednak przyznać, że Yimou Zhang sprawił iż ta opowieść przenika do głębi swym pięknem, choć okupione jest ono łzami i krwią. Mamy grupę ludzi, którzy w panującym dookoła chaosie robią wszystko by przetrwać, często z niechęcią odnosząc się do towarzyszy niedoli. Czy to zainteresowany jedynie pieniędzmi John, czy uczennice traktujące z pogardą grupę prostytutek, strojących żarty i dąsających się na siebie, jakby wciąż były w swoim burdelu. Gdy jednak pojawia się chwila tak trudna, że nie potrafię sobie wyobrazić, co zrobiła bym na ich miejscu, oni podejmują heroiczną próbę by ocalić swoje człowieczeństwo. Wśród zbrukanego popiołami śniegu rozkwitają krwawe kwiaty.
                Najważniejszym punktem filmu jest olbrzymia rozeta zdobiąca fasadę kościoła. Przez nią Shu, narratorka całej historii obserwuje przybycie Mo i jej towarzyszek.  Dziurawy witraż umożliwia chińskiemu snajperowi odciągnięcie uwagi od broniących się przed gwałtem dziewczynek. On też staje się głównym motywem  w pamięci Shu, gdy wspomina jak piękne potrafiły być kobiety z ulicy Czerwonych Latarnii.  Ich pieśń o rzece Qin Huai, jest niezwykłym momentem, który zamyka w sobie ulotne piękno tego filmu. Mogłabym tu wspomnieć o kreacjach aktorskich Christiana Bale’a i Ni Ni, ale stanowią oni tylko element dobrze zgranej całości.
Nie można mówić tutaj o szczęśliwym zakończeniu, bo trudno o takie w czasie wojny, a jednak finał filmu pozostawia nadzieję, choć jest ona mniej niż wątła. Wszystko opowiedziane jest w bardzo realistyczny i przejmujący sposób, ale bez zbędnej ckliwości. Nie ma tu wykreowanych póz, tylko to co naprawdę ludzkie, choć czasem trudno w to uwierzyć. Cóż film polecam, choć jest to pozycja poważniejsza i sprawiająca, że w pokoju zapada cisza. Najważniejsze jest jednak to, że ukazuje co naprawdę tkwi w ludziach.

Ethlinn

czwartek, 27 sierpnia 2015

Poznańskie Dni Tolkiena – konferencja „Tolkien – mit, historia, literatura”

       

        Konferencja odbyła się w dniach 23 – 24 marca 2015 roku. Pierwszy dzień miał miejsce w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, a drugi w Collegium Maius Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
        Plan konferencji wypełniony był ciekawymi tematami referentów, mających swoje korzenie głównie na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, choć było również kilkoro gości.
        Referatem, na który ja czekałam z największą niecierpliwością, było wystąpienie profesora Wiktora Wernera pt. „Dlaczego Mordor przegrał a elfy opuściły Śródziemie, czyli czego mistrz J.R.R. Tolkien może nas nauczyć o myśleniu historycznym?”. I faktycznie się nie rozczarowałam. Było to moim zdaniem najlepiej przygotowane wystąpienie, choć mój odbiór mogło zaburzyć to, iż jestem przyzwyczajona do specyficznego stylu wykładania profesora Wernera (dwa semestry zajęć robią swoje). Stąd też komuś, kto spotkał się z jego wystąpieniem po raz pierwszy, może się ono wydawać zbyt chaotyczne.
        Wiele referatów, których tematy wydawały się bardzo interesujące, w rzeczywistości okazały się już nie tak zajmujące. Za przykład niech posłuży referat dr hab. Macieja Michalskiego pt. „Kobiety we „Władcy Pierścieni” – rozważania między tekstem a ekranizacją”, w którym referent na większość czasu oddalił się znacznie od tematu pierwotnego, wchodząc w rozważania, dlaczego autor w ogóle niewiele kobiet umieścił w swoim dziele. Gdy już powrócił do tematu pierwotnego, przedstawił wnioski, które zostały skrytykowane podczas dyskusji.
        Gdy mowa o dyskusji, warto zaznaczyć, iż przeznaczono na nią zdecydowanie zbyt mało czasu (szczególnie, iż nastąpiło przesunięcie w czasie, spowodowane brakiem zdyscyplinowania referentów, którzy ze swoimi wystąpieniami nie mieścili się w przewidzianych 20 minutach). Stąd też podczas dysputy podjętych zostało tylko kilka wątków, które najmocniej uderzyły w słuchaczy.
         Technicznie konferencja przeprowadzona mogła być sprawniej, choć jak na pierwsze podejście do zadania, mogło być gorzej. Miłym akcentem była propozycja, aby wydać teksty referentów z uwagi na osoby, które z różnych powodów nie mogły uczestniczyć w konferencji. Organizatorzy zapowiedzieli również, iż za rok postarają się poprawić niedociągnięcia, które pojawiły się w tym roku. Miejmy nadzieję, że Pierwsze Dni Tolkienowskie w Poznaniu nie okażą się ostatnimi i zgodnie z zapowiedziami, za rok odbędą się kolejne. Tego organizatorom i wszystkim fanom twórczości Tolkiena życzę.
Z pozdrowieniami
Rosalie


sobota, 11 lipca 2015

Podręcznik gajdzina, jak być obcokrajowcem w Japonii i przeżyć – „Bezsenność w Tokio”


Wiem, że dla większości wszechświata nie ma różnicy czy Japończyk, Chińczyk, Taj czy Koreańczyk. Wszyscy są żółci, mówią i piszą w nieludzkim języku, jedzą dziwne rzeczy i mają obecnie wszystkie fabryki świata na swoim terytorium. Dla tych, którzy nie lubią opierać się tylko na stereotypach i plotkach mam książkę, która wedle reguł oświecenia uczy i bawi. W dodatku robi to w 100% polskim stylu, bo autor Polakiem jest i wcale się z tym nie kryje. Przy okazji mamy możliwość poznać fachowe stanowisko przedstawicieli Irlandii, USA i kilku innych państw, wobec kwestii jak w Japonii przeżyć.
Ale od początku, Michał Bruczkowski był studentem anglistyki, który postanowił zbadać kulturę kraju odległego od Polski o lata świetlne mentalności. Miał być tam rok, w sumie spędził jakieś 10 lat. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego. Może był to sprawdzian swojej cierpliwości w walce z miastem, w którym obcokrajowca traktowano z paniczną grzecznością, uciekając przed nim tak szybko jak się dało. Brzmi dziwnie? Cóż ujmę to nieco inaczej, Japończycy to niesamowity i silny naród, ale jak wszyscy mają też swoje wady. Przez lata wytworzyli swój własny system działania wszechświata i wszystko co może go zaburzyć jest równie przerażające co osławiona Godzilla. Strach bierze się z lęku przed nieznanym, a tym jest właśnie jakiś tam Polak próbujący kupić sobie nowe mieszkanie w jednej z tokijskich dzielnic. Co będzie jeśli wejdzie w butach na drogocenne i święte maty tatami, a jeżeli o zgrozo pomyli kapcie od łazienki z kapciami od WC? 
Obecnie książka Bruczkowskiego jest już nieco nieaktualna, gdyż od opisanych w niej wydarzeń minęło ponad 20 lat. Nie zmienia to faktu, że możemy zajrzeć za kurtynę  japońskiej mentalności i nauczyć się jak pokonać ich własną bronią. Dla każdego gajdzina (skrót oznaczający właśnie obcokrajowca) jest to skarbnica wiedzy niezbędnej do przeżycia w wielkim Tokio. Zawarte w niej historie opisują problemy życia codziennego i skuteczne metody ich rozwiązywania, które społeczność gajdzinowska wypracowała na podstawie własnych doświadczeń, Gdzie iść się umyć (maleńkie mieszkania, zwykle nie mieściły czegoś tak podstawowego jak łazienka ani nawet ubikacja), jak można zdobyć niemal nowy sprzęt stereo lub telewizor, czy w Japonii opłaca się podróżować autostopem i co wiadomo na temat automatów stojących niemal wszędzie? 
Olbrzymie poczucie humoru i dystans do samego siebie z jakim autor opisuje swoje zmagania z Krajem Wschodzącego Jena sprawia, że książkę pochłania się strona za stroną i pokłada ze śmiechu. Momentami brzmiałaby ona jak powieść si-fi z innej planety, gdyby nie fakt, że opisywane są zupełnie przyziemne sprawy. Polecam bo nie sposób się nudzić, gdy czyta się opis parapetówki oblewanej polską Żubrówką, wyszperaną w monopolowym, jako trunek bardzo egzotyczny i z pewnością odpowiedni dla niepoczytalnych gajdzinów. Nippon banzai
Ethlinn


piątek, 3 lipca 2015

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” – miejsce, gdzie na wschód słońca czeka się 4 miesiące…

        Czy człowiek może przeżyć kąpiel w Morzu Arktycznym? Jak wierzyć zegarkowi, który pokazuje godzinę dwunastą w nocy, gdy za oknem w najlepsze świeci słońce? (Co więcej, wiesz, że nie zniknie ono z nieboskłonu jeszcze przez dobre parę miesięcy.) Dlaczego w okolicy nie ma ani jednego kota? Co zrobić gdy budząc się rano staniesz oko w oko z niedźwiedziem polarnym w swoim namiocie? Jeżeli ktoś nie boi się mrozu i nocy polarnej, a interesuje go coś więcej niż ogródek za oknem, witamy na archipelagu Svalbard. Norweskiej prowincji położonej mniej więcej pomiędzy Grenlandią, północnym czubkiem Ziemi (popularnie zwanym Arktyką) i samą Norwegią. W miejscu, gdzie jest więcej skuterów śnieżnych niż ludzi, a populacja niedźwiedzi przewyższa liczbę mieszkańców o jakieś pół tysiąca osobników.      
Tylko żeby nie było nieścisłości, Spitsbergen Norwegii podlega, na jego terenie swą siedzibę ma tamtejszy gubernator, ale na miejscu okazuje się, że to tak naprawdę narodowościowy tygiel. Przedstawiciele prawie pięćdziesięciu państw na jednej wyspie, która właściwie nie obfituje w żadne nadzwyczajne rozrywki. Żeby było jeszcze śmieszniej największą grupę obcokrajowców stanowią Tajowie. Dlaczego to takie zabawne? Bo to najdalej wysunięte na północ skupisko Homo sapiens. Latem średnia temperatura oscyluje w okolicach 5 stopni. Prawie pół roku panuje dzień polarny, a przez drugie pół po czarnym niebie tańczy zorza. Brzmi nieziemsko? Dla niektórych na pewno.
Autorka, mieszkająca na Spitsbergenie od jakiś 5 lat dostrzegła potencjał w tej zimnej skalistej wyspie. Stworzyła dwustu stronicowy reportaż opisujący wyspę i rządzące nią prawa, ale przede wszystkim zebrała historie zamieszkujących ją ludzi. Zarówno tych nam współczesnych, jak i jej odkrywców, górników z radzieckiej osady Piramida, czy kilkunastoosobowej grupki młodych mężczyzn, którzy w dziwnych okolicznościach pożegnali się z życiem, zimując w świetnie zaopatrzonej chacie.  Co sprawia, że co roku wyspę odwiedzają tabuny turystów? Co prawda tylko na chwilę, bowiem tylko nielicznym odpowiada tamtejsza aura i surowe warunki życia. Zdarzają się jednak tacy, których koleje życia wyrzuciły na tutejszy brzeg, niczym drewniane kłody, które morskie fale przynoszą na Spitsbergen wprost z rosyjskiej tajgi. Przyjechali i zostali lub regularnie wracają. Książka opisuje ich historie, które często spotykamy i w naszym życiu. Jednak klimat wyspy i genialny język, którym posługuje się autorka sprawiają, że z żalem odkładam ją, gdy muszę wyjść z domu i przerwać czytanie.
Mimo, że wszystko dzieje się na naszej swojskiej Ziemi w XXI wieku, trudno sobie wyobrazić, że można mieć zupełnie inne potrzeby i problemy w życiu codziennym. Dla miłośników podróżowania pozycja bardzo wskazana. Dla tych, którzy chcą poznać detale wspomnianych przeze mnie opowieści gorąco polecam.

Ethlinn

czwartek, 25 czerwca 2015

„Klub Mefista” – rozważania nad genezą zła?

        Peccavi, z łaciny zgrzeszyłem. Wypisane krwią na miejscu okrutnie brutalnej zbrodni, możliwe do odczytania dopiero jako odbicie w lustrze. Tajemnicze zabójstwo młodej kobiety, w noc Bożego Narodzenia. Odcięta głowa, dłoń… Stół zastawiony dla czworga. Ponura sceneria rodem z horroru. Tyle o fabule.
        Słowem wstępu o samej książce, nim zacznę wyrażać swoją opinię. Jest to pierwsza książka Tess Gerritsen po jaką sięgnęłam. Dopiero w takcie czytania zauważyłam, że musiało być „coś” przed tą konkretną powieścią. Zagłębiając się w odmęty internetów dowiedziałam się, że o tych samych bohaterach powstało już kilka innych pozycji.
        „Klub Mefista” to oczywiście kryminał. Jednakże pojawiające się różne wtrącenia nieco zaburzają jego „klasyczność”. Nie raz i nie dwa spotkać się można z inspiracją motywami satanistycznymi w kryminałach, tu jednak autorka idzie o krok dalej (nie zdradzę jednak jak daleko, by nie odbierać możliwości samodzielnego odkrywania). Muszę przyznać, że nie wiem czy jest to dobre posunięcie. Osobiście uważam, że gdyby pozbyć się przynajmniej części „nadnaturalności” z tej konkretnej pozycji powieść wiele by zyskała. Sama instytucja „klubu mefista” – stowarzyszenia ludzi wykształconych zajmujących się rozwikływaniem zbrodni – jest bardzo ciekawym pomysłem, choć można się z nim spotkać też w innych pozycjach. Z „czymś” podobnym możemy się zetknąć w „Klubie Koneserów Zbrodni” M. Capuzzo (osobiście uważam, że Capuzzo daleko lepiej poradził sobie z realizacją takiego założenia). 
       Wracając jednak do tematu tej recenzji. Gdyby autorka odpuściła sobie upychanie wszędzie nadnaturalnych przejawów zła i dopracowała nieco postaci, ich motywy i przede wszystkim wypowiedzi książka na pewno stała by się jedną z moich ulubionych.
        Na pewno nie można się przy tej pozycji nudzić. Mamy tutaj wszystko czego koneser kryminałów może szukać. Mamy intrygę. Mamy morderstwa. Mamy nierozwiązane zagadki z przeszłości. Mamy kryminologów i patologów. Mamy szarych policjantów. Mamy postaci z którymi można od pierwszych słów sympatyzować, ale i takie które wprawiają w oburzenie. Mamy szarych, zwykłych obywateli z ich małymi i tymi większymi problemami. Mamy również złamanie kilku tabu. A jakby tego było jeszcze mało to mamy problem wiary. Jak to mówią „od nadmiaru głowa nie boli”, ale tu chyba jednak tak. Jak dla mnie autorka mogłaby opuścić sobie ostatni wątek i uczynić mordercę bardziej „ludzkim”. Dawno za nami już epoka, w której wierzono, że ludzie nie są w stanie popełniać brutalnych zbrodni i muszą być opętani przez złe moce.
        Nie wiem czy ta konkretna pozycja jest przejawem chwilowego załamania formy Tess Gerritsen – słyszałam o niej naprawdę wiele dobrego, mam jednak nadzieję, że tak. Nieco żałuję, że moja przygoda z tą konkretną autorką zaczęła się w ten, a nie inny sposób, ale nie mam zamiaru poprzestać na jednej jej pozycji. Na półce czeka na mnie „Chirurg” – pierwsza część serii i mam szczerą nadzieję, że zmyje umiarkowane uczucia po lekturze „Klubu Mefista”.

Surreal

czwartek, 18 czerwca 2015

„Kruk 3: Zbawienie” – dużo mrocznej symboliki podlewanej krwią, odrobina słodko-kwaśnych miłostek i trochę smażenia „na sucho”


Nie od dziś wiadomo, że jeśli zmarły zostawił po sobie niedokończone sprawy, to czasem może wrócić i zacząć sprzątać pozostawiony po sobie bałagan. A czyż niesprawiedliwe oskarżenie o brutalne zamordowanie ukochanej dziewczyny i egzekucja w wieku 21 lat nie są wystarczającym powodem, by chcieć wrócić? Cóż Alex Corvis miał tego pecha. Sam film jednak, nie ucierpiał tak bardzo, chociaż motyw zmartwychwstającego Romea z krukiem u boku pojawia się już po raz trzeci. 
Zaczęło się w 1994 i to dość nieciekawie, bo w trakcie kręcenia „Kruka 1” zginął główny aktor, w osobie Brandona Lee (syn tego słynnego Bruce’a Lee). Niektórzy zaczęli w tym momencie mówić o fatum, bo zaraz znaleziono inne, nieco mniej drastyczne wypadki, które miały miejsce na planie. Jak widać filmowców to nie zraziło, bo nie skończyło się na jednej, ani nawet dwóch produkcjach, ale dobrnęli do czterech. Omawianą część obejrzałam jako małolata, spodobała mi się i kilkakrotnie do niej wracałam – po części z sentymentu. W końcu wzięła mnie chęć by sięgnąć po pozostałe filmy z serii, ale tu muszę szczerze przyznać poległam na pierwszej linii. Nie potrafię się wypowiedzieć na ich temat, bo nie dotarłam nawet do połowy. Mimo, że pierwsza część jest traktowana jako klasyka, coś mnie wtedy odrzuciło i nie odważyłam się ponownie z nią zmierzyć.
Natomiast „Zbawienie” cenię jako lekki thriller, który oglądam by poprawić sobie nastrój, patrząc jak mimo wszechobecnego mroku, zepsucia i śmierci, miłość znowu wygrywa. Tylko bez pochopnych wniosków, to jest faktyczny dreszczowiec, w mrocznym zalatującym gotykiem stylu. Mamy dziewczynę, którą zabito 53 pchnięciami noża, jej chłopaka, który podobno w szale kłótni zmasakrował ją, za co czeka go krzesło. Nikt nie widział bowiem faceta z paskudną blizną na ręce, który miał podłożyć Alexowi narzędzie zbrodni i tym samym uczynić go głównym podejrzanym. Trochę fajerwerków, a potem zjawia się kruk i historia nabiera tempa. Nie wiem, czy powinnam zdradzać więcej szczegółów, tak dobrze już znam tę historię, że mogę powiedzieć ciut za dużo i zepsuć zabawę.
W każdym razie film ma swoje momenty. Jest klimatycznie, ciemno, brutalnie i mimo, że gdzieniegdzie przemykają widoczne braki budżetowe, nie rażą one zbyt mocno. Alex w pośmiertnym makijażu wygląda nawet lepiej niż bez niego. Najsłabiej niestety wypada chyba towarzysząca mu młodziutka Kirsten Dunst, w roli młodszej siostry zamordowanej Lauren. Sceny z nią są raczej ckliwe, choć może jest to specjalny zabieg, bo pod koniec filmu i ona nabiera nieco ostrzejszego wyrazu. Całość prezentuje się całkiem nieźle.
„Kruk 3” zyskał na moim uznaniu, bowiem nie trzyma się kurczowo nadprzyrodzonego powrotu z zaświatów. Choć główny bohater jest chodzącym trupem nie przyćmiewa to faktu, że zmusiła go do tego brutalna rzeczywistość naszego świata. Przeciwnicy to nie demony, czy opętańcy z piłami łańcuchowymi. Siedzi w nich głęboko zakorzeniony mrok, który jak fontanna wylewa się na cały ekran, ale wszystko w granicach rozsądku. Z marszu rzuca się w nas pedofilią, korupcją i bestialstwem, wszystko jednak mieści się pod kombinezonem ludzkiej skóry. Kto szuka niezbyt wymagającego filmu na wieczór, po którym nie chce mieć koszmarów może liczyć na prawie dwu godzinny pobyt po ciemnej stronie Ameryki. Właśnie, bo tu jak na ironię wcale nie wychodzący z kostnicy zombie jest tym najgorszym potworem, którego powinniśmy się lękać.


Ethlinn

niedziela, 14 czerwca 2015

"Apokalipsa" Deana Koontza.

        Podejrzany deszcz za oknem, dziwne zachowanie zwierząt, niezrozumiały komunikat w mediach, zagłuszający większość sygnałów i okrutna śmierć jednej dorosłej osoby za drugą. Dlaczego jednak niektórzy, ci, którzy szczerze chcą chronić dzieci, są oszczędzeni?
        Gdy czytałam tą książkę dwa lata temu, przez większość czasu śledziłam akcję z zapartym tchem. Pochłaniałam obrazy masakr jeden za drugim, oczami wyobraźni oglądałam opustoszałe miejsca, które normalnie tętnią życiem i zastanawiałam się, co tam właściwie się dzieje. A potem nadeszło zakończenie. I nie wiedziałam, czy płakać z żalu, czy wyśmiać autora i bohaterów. Ostatecznie zrobiłam to drugie. A jednak ta historia nie chciała opaść na dno świadomości, gdzie zwykle lądują tego typu przypadki. Nie. Zamiast tego drażniła mnie, zmuszała, bym raz za razem wspominała nie to nieudane, moim zdaniem zakończenie, ale właśnie ten wyludniony świat.
        Gdyż miał on w sobie jakąś magię. Nawet pomimo niezmiennego poczucia niebezpieczeństwa, świadomości, że każda spotkana osoba może w każdej chwili zmienić się w stertę mięsa, z trudem zachowującą ludzki kształt. Pomimo irytacji na działania bohaterów, którzy czasem zachowywali się wybitnie irracjonalnie. A czasem jedynie dlatego, że czytając kolejną stronę dochodziłam do wniosku, że najprawdopodobniej, gdybym ja znalazła się w takiej sytuacji, zachowywałabym się jeszcze mniej racjonalnie, niż bohaterowie, którzy robią głupio, ale jednak coś robią. A to coś, czego możliwe, że nie byłoby można powiedzieć nawet o połowie z nas, gdybyśmy to my znaleźli się na miejscu tych bohaterów.
        I na tym może zakończę tą recenzję. Nie wiem, czy mogę komuś polecić tą książkę. Nie jest ona też na tyle kiepskim kawałkiem literatury, by postawić przy niej wielki znak "stop!". Jest to po prostu jedna z tych książek, które nie sięgają powyżej przeciętnej, a jednak w jakiś niezrozumiały sposób nie dają o sobie zapomnieć.
Z pozdrowieniami
Rosalie

czwartek, 4 czerwca 2015

Seria, która miała być trylogią, a została dziewięcioksiągiem - "Czarne Kamienie" Anne Bishop

Chodziłam wokół tego tematu ładnych parę miesięcy. A jakiego? Stworzonej przez Anne Bishop serii Czarnych Kamieni. Z początku miała powstać trylogia, a skończyło się na dziewięciu książkach. Czy dobrze? Z góry powiem, że wielu twierdzi, że nie. Ja nie wiem co sądzę. Może pod koniec tego wywodu sama się dowiem.
Tym którzy nie słyszeli (a na pewno jest ich wielu) od razu powiem, że jest to książka kierowana do kobiet. Od pierwszych stron przewijają nam się przystojni, silni (nie zawsze) męscy mężczyźni. Praktycznie każda z Pań znajdzie kogoś dla siebie. Brnąc dalej w ten opis, muszę powiedzieć, że poczułam się zaskoczona. Przynajmniej na początku głównym bohaterem całej opowieści pozostaje mężczyzna, a nie jakby się można było spodziewać po literaturze dość „głośno” prezentującej poglądy feministyczne, kobieta. Daemon Sadi, nieziemsko przystojny bękart, o iście diabelskim uosobieniu, jeden z najsilniejszych mężczyzn na świecie usługujący (o ile to co robi można nazwać usługami) kobietom, które trzymają go na smyczy, prawie dosłownie. Jestem pewna, że tylko po tym opisie spora część kobiet rzuciłaby się na książkę, choćby po to żeby przeczytać jego dokładniejszy opis, jak również jego „zabiegów”. Jednakże nie ma co się spieszyć.
Widoczny na tyle okładki napis „Tylko dla dorosłych” jest jak najbardziej na swoim miejscu, ale nie ma co tu się spodziewać scen rodem z nimfomanki. Owszem seks jest wszechobecny, wydaje się wręcz rządzić tym światem, ale „szczegółowych” opisów za wiele tu nie znajdziemy. Nie zmienia to kwestii, że w niektórych momentach serce przyspiesza. Oprócz wszechobecnego podniecenia znajdziemy w tej serii sporo brutalności, zarówno fizycznej jak i mentalnej. Na dokładkę autorka postarała się o sporą dozę przekleństw. Tak więc książka zdecydowanie nie nadaje się dla kobiet delikatnych i kokietek. Zdecydowanie odradzam.
Idąc dalej. Fabuła, bo owszem przy tym wszystkim co wymieniłam wcześniej tak owa tu występuje. Muszę przyznać, że w sporych ilościach, co prawda motywy dość oklepane, ale gdzież tu szukać nowości skoro wszystko już było?
Biorąc pod lupę wszystko co Anne wymyśliła, nie dziwię się, że zdecydowała się poszerzyć serię z zaledwie trzech części, ale nie zrozumiem, czemu aż do dziewięciu. Na końcu człowiek zwyczajnie się już nudzi. I nawet kolorowa plejada postaci nie pomaga. Wymyślony przez nią świat, ma parę wad. Gdzieniegdzie czegoś mu brakuje, ale mimo wszystko broni się dość dobrze. Jak również bohaterowie. Jak już mówiłam wcześniej praktycznie każda z Pań, która sięgnie po tę serię znajdzie swojego ulubieńca. Jednak sprawa ta nie tyczy się tylko mężczyzn, wśród bohaterek również znajdzie się kilka ciekawych postaci, choć jest ich zdecydowanie mniej niż tych męskich, którzy dosłownie wylewają się z pomiędzy stronic (w sumie czemuż tu się dziwić, skoro to pisane dla kobiet jest).
Na dokładkę powiem jeszcze, że w historii tej można znaleźć zarówno magię jak i politykę, no i oczywiście wojnę. Można więc powiedzieć, że jest tu wszystko, czego dusza zapragnąć może. I tu właśnie pojawia się kolejny problem.
Jest tego zbyt dużo! Klęska urodzaju, można by powiedzieć. Autorka „wsadziła” tu wszystko co się dało i niestety nie do końca wyszło jej to na dobre. Dodatkowo nie ma co doszukiwać się tu górnolotnego, porywającego języka, bo czytelnik po prostu się zawiedzie. Nie jest jednak tak źle, żeby to widocznie przeszkadzało.
Podsumowując. Nadal do końca nie wiem co sądzić o tej konkretnej serii, choć przyznać muszę, że mam do niej słabość. Może ze względu na wymienionego wcześniej bohatera? Czy też może innych jemu podobnych? A może ze względu na to jak łatwo przy tej książce zapomina się o rzeczywistości? A może wszystkiemu winne jest to, że w tej konkretnej serii często gęsto to kobieta jest wybawcą, a nie jak to zwykle bywa męski i wielki facet ratuje delikatną i kruchą księżniczkę z opresji? A może chodzi o współzależności?
Pojęcia nie mam, ale wiem, że seria po mimo wad, ma u mnie specjalne miejsce i nawet teraz po latach od przeczytania jej czasem lubię wrócić do co ciekawszych fragmentów i na kilka godzin udać się do tego magicznego świata.


P.S.
Na zdjęciu brakuje jednej części.

Surreal

piątek, 29 maja 2015

Jestem zadowolona z opieki – „Wielka Szóstka”


Wszyscy jesteśmy dziećmi w mniej lub bardziej dorosłych opakowaniach, w związku z tym warto czasem sięgnąć w kierunku czegoś, co nasyci naszą dziecinność pozytywną energią. Disneya nikomu przedstawiać nie trzeba, gdyż już od wielu pokoleń zajmuje się wzbogacaniem dorobku ludzkości o kultowe animacje. Różnie z nim ostatnio bywa, jeżeli chodzi o poziom słanych w świat produkcji i mimo zgrzytów, jedno w gruncie rzeczy nie uległo zmianie. Nadal produkuje się tam bajki, które mają w sobie to „coś”.
                Wraz z postępem technologii, od kilkunastu lat dobrze mi znane z dzieciństwa animacje, zajmuje grafika komputerowa. Tak też i Disney właściwie 80% swoich ostatnich dużych produkcji skierował w tym właśnie kierunku. Nie powiem, czy to źle, czy dobrze, bo z pewnością ułatwiło to w dużej mierze pracę i przyspieszyło proces powstawania filmów. Może ze względu na sentyment brakuje mi trochę rysunkowej kreski i faktu, że każda kolejna animacja miała swój własny niepowtarzalny styl. Jednak w przypadku bohatera dzisiejszego tekstu idiotyzmem by było narzekać, że nie pracował nad nim sztab rysowników mozolnie tworzących poszczególne klatki filmu.
                Big Hero 6 (bo angielski tytuł, jakoś ładniej mi brzmi) to ostatnia produkcja Disneya, która idąc z duchem czasu przenosi nas w przyszłość. W mieście San Fransokyo działa uniwersytet z bardzo dobrze prosperującym wydziałem robotyki. Jednym z tamtejszych studentów jest Tadashi Hamada, lecz głównym bohaterem tej historii jest jego genialny i zbuntowany młodszy brat Hiro – specjalista od walk robotów. Pewna tragedia powoduje, że Hiro traci dużo więcej niż tylko jeden ze swoich wynalazków. Właściwie fabuła filmu nie jest powalająca, pojawia się zły, którego grupka przyjaciół pod wodzą nastolatka próbuje unieszkodliwić przy pomocy masy gadżetów własnego autorstwa. To część dla dzieciaków, bo rzeczywiście gdybym miała znów 7 lat, byłby to motyw przewijający się przez szereg następnych zabaw. Dla tych starszych najważniejszy jest jednak pogodny i pełen pociesznych sytuacji wydźwięk tego filmu.
                Nie przedstawiłam, bowiem jeszcze bohatera numer dwa. Przed państwem Baymax, osobisty opiekun medyczny, czytaj wielki biały balon o jagnięcym usposobieniu. Jako, że został stworzony by nieść pomoc i pociechę, niezbyt wpasowuje się w charakter Hiro, który jak już wspomniałam zbuntowanym nastolatkiem jest i posiada wszelkie tej choroby objawy. Tu jednak twórcy filmu wykazali się olbrzymim geniuszem i stworzyli z tej pary mieszankę, przy której czasem twarz wręcz drętwieje od śmiechu. Pocieszne zachowanie Baymaxa to najlepszy atut tej produkcji i nie powiem, że to dla niej mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. Cała reszta to wszystko co powinien mieć film dla dzieci, czyli akcję, bohaterów i szczęśliwe zakończenie, a co nas „dorosłych” może już tak nie zachwycać.
                Może nie jest to „Król Lew”, ale z pewnością Wielka Szóstka może śmiało wkroczyć w panteon tych dobrych disneyowskich produkcji. Utrzymała to co powinna, jest przesłanie, przyjaźń która pokonuje przeciwności i masa śmiechu, a w wszystko w dopracowanej oprawie graficznej. Także Baymax jestem zadowolona z opieki. Jest to film dla dzieci, nie da się ukryć, ale dorośli spoglądając od czasu do czasu na ekran, też mogą stracić na chwilę nieco swojej powagi i po prostu serdecznie zaśmiewać się do utraty tchu.


Ethlinn 

czwartek, 21 maja 2015

„Dracula Historia Nieznana" - Palownik jakiego ponoć jeszcze świat nie widział.

        Draculów jak wiadomo było wielu. Motyw mrocznego potępieńca przewija się w historii literatury i kina już ponad wiek. Przez lata kreowano je na potwory, które mają w sobie tyle piekła co sam diabeł. Ostatnimi czasy rozpowszechniła się zaś moda na romansidła (nie koniecznie dobre), których głównymi bohaterami są wszelkiej maści demony, upiory i potwory. Ówże monstra obdarzone są charakterami niemniej skomplikowanymi niż u nastolatek w okresie dojrzewania. Świetnie wpasowują się do historii o brzydkim kaczątku. Równocześnie pojawiła się tendencja by sięgać do źródła i nadawać wszystkiemu śladowe ilości logiki i zgodności historycznej. Palownika z Transylwanii także wzięto na celownik. Na pytanie do której kategorii zaliczyć najnowszego "Draculę” i jego „Nieznaną historię”, niełatwo odpowiedzieć. Zapewne każdy musi ocenić sam, choć spróbujemy nieco rozjaśnić tę kwestię. 
        Skoro wstęp mamy już za sobą, warto by powiedzieć kilka zdań na temat fabuły. Zabierając się za film widz ląduje w XV wiecznej Transylwanii, na której tronie zasiada Vlad III, a przystojnej twarzy użycza mu Luke Evans. Książę za młodu służył jako janczar w armii tureckiej - była to cena jaką jego ojciec zapłacił za pokój. Vlad jako jego następca próbuje rządzić swą ziemią sprawiedliwie i zapewnić jej spokój. Jako lennik sułtana, rok w rok płaci daninę w srebrze, by ten mógł prowadzić wojny z innymi państwami. Tym razem cena zostaje podniesiona o tysiąc chłopców, w tym jedynego syna Vlada. Po nieudanej próbie wpłynięcia na niegdysiejszego przyjaciela, a obecnego sułtana, książę chwyta się - niczym tonący brzytwy - wszelkich drastycznych środków by zapewnić swemu pierworodnemu i innym chłopcom bezpieczeństwo. W taki oto sposób Vlad dostępuje zaszczytu stania się szatańskim pomiotem. Jednocześnie zyskując też tytuł najsłynniejszego przedstawiciela wampirzego gatunku wszech czasów, co łatwo zgadnąć znając tytuł filmu. Od tego momentu, rozwój akcji wzrasta niemal w tempie geometrycznym i przystaje tylko na sekund kilka, by chylić kapelusza nad konającymi przyjaciółmi Vlada. 
        Może film nie zrobiłby na nas takiego wrażenia, gdyby po sprawdzeniu kilku informacji nie okazało się, że jest to właściwie debiut reżysera (Gary Shore), który dotąd zajmował się kręceniem reklam. Żeby tego było mało również scenarzyści dotąd nie zajmowali się długimi formami. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że za dość wymagający, a jednocześnie mocno wyeksploatowany temat zabrały się przysłowiowe „świeżynki” w świecie kina. Powstaje pytanie jak dorwali się do tak wysokobudżetowej produkcji? Ale w sumie co nas to obchodzi, ważne że jak na pierwszy raz nie poszło przecież wcale źle. Prawdopodobnie dużą rolę odegrała tu obsada aktorska. Oczywiście jest Luke Evans w tytułowej roli. Na całe szczęście, bo aż strach myśleć jak mógłby wyglądać wołoski książę w prawdziwie amerykańskim wydaniu... Jego żonę gra zjawiskowa Sarah Gadon. Towarzyszą im Dominic Cooper, Charles Dance oraz cała masa tych mniej znanych. 
        Film ma jeszcze kilka atutów w postaci pięknych scenerii, które choć pochodzą z Irlandii z pewnością dodają mu aury niesamowitości. Góry, lasy i jeziora. Da się nawet przeżyć zamek Vlada położony na środku płaskiej jak stół równiny, choć przecież Transylwania nie należy do krain płaskich. Jeśli spojrzy się na mapę, jest to raczej miejsce obfitujące w góry, pagórki i doliny, a nie szerokie niziny. Kolejnym plusem tej ekranizacji jest muzyka. Może to nie są kompozycje na miarę Hansa  Zimmera, ale całkiem umiejętnie wpasowuje się w sytuacje dodając trochę głębi. 
        Jednakże na tym zalety filmu chyba się kończą. Aktorzy mimo usilnych prób nie byli w stanie zniwelować ckliwości przewijającej się w filmie tu i ówdzie. Nawet najlepszy aktor nie jest w stanie naprawić scenariusza. Kolejnym minusem może być to, że mimo wartkiej i szybko rozwijającej się akcji produkcja ta ma swoje przestoje i w niektórych momentach wręcz wieje nudą. 
        Podsumowując: biorąc pod uwagę małe wszystkie „ZA” i „PRZECIW” film nie należy do tragedii rodem z Grecji, ale do wielkiego sukcesu również sporo mu brakuje. Można polecić go osobom wybitnie zainteresowanym historią Draculi – jest tu pokazany z zupełnie innej, zaskakującej strony i to strony zdecydowanie wartej rozważenia. Filmem powinny zainteresować się również osoby szukające niezbyt górnolotnej rozrywki (ale nie takiej w stylu głupawych komedii) z odrobiną fantastyki. Krótko mówiąc film można ocenić jako: niezły, szczególnie na tle innych wybitnie inteligentnych produkcji ostatnich czasów traktujących o wampirach.

Ethlinn & Surreal

sobota, 9 maja 2015

„Las cieni” – seryjny morderca, tatuaże i wiszące świnie?

Od dość dawna zabieram się do napisania o tej książce. Jednak w tym przypadku czuję się jakbym podchodziła do jeża. Nim jednak napiszę cokolwiek więcej o odczuciach, postaram się pokrótce przybliżyć Wam tę konkretną pozycję.
Podejrzewam, że już po tytule można się domyślić o jaki typ literatury chodzi. Komedia to to nie będzie. Na różnych stronach, różnie tę pozycję klasyfikują, ale na nasze potrzeby przyjmijmy, że jest to thriller tudzież używając polszczyzny dreszczowiec.
Cała historia rozpoczyna się dość niewinnie…
Na pierwszych kilku stronach poznajemy Davida Millera, kochającego ojca malutkiej Cathy i męża Clary. Z zawodu balsamistę, wyprawiającego zmarłych w ostatnią podróż, a żywym pomagającego pogodzić się z ostatecznym. W wolnym czasie oddaje się swojej pasji, jaką jest pisanie. Na razie ma na kącie jedną niezbyt dobrą powieść. W pewnym momencie na firmamencie niezbyt radosnego domowego życia – rodzinę dręczy tajemnicza Miss Hyde – pojawia się milioner Arthur Doffre. Sparaliżowany mężczyzna przedstawia początkującemu pisarzowi, wydaje się, propozycję nie do odrzucenia – David ma napisać dla niego książkę o niegdysiejszym postrachu rodzin, seryjnym mordercy o przydomku Kat. Milioner proponuje nawet odosobnione miejsce, wprost stworzone do tworzenia, a także pozwala Davidowi zabrać rodzinę na małe „wakacje”.
Dalsze opisywanie fabuły odbierze książce wszystko co ma do zaoferowania, a takie wprowadzenie uważam za w zupełności wystarczające. Dodam tylko, że jej autorem jest francuz Franck Thilliez. Także tutaj rozpoczyna się mój dylemat, tak naprawdę nie wiem co mam napisać o tej książce. Wzbudziła ona we mnie mieszane uczucia, jak mało która. Doskonałym tego dowodem jest fakt, iż piszę tę recenzję lata po przeczytaniu książki. Mimo wszystko jednak coś mnie do niej ciągnie.
Rozpocznę te dywagacje może od oceny języka, fabułę i postaci pozostawiając na później. Tak więc muszę z przykrością przyznać, że język nie należy do najbardziej wyszukanych, a styl zapisu dialogów wielu może nie przypaść do gustu. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to kryminał nie boli to aż tak bardzo. Czego niestety nie można powiedzieć o fabule. O ile sam pomysł, mimo, że nieco oklepany, jest całkiem ciekawy, z jego realizacją są już zdecydowanie większe problemy. Miejscami akcja, przysłowiowo „nie trzyma się kupy”, miejscami jest nudo. Niekiedy czytelnik zaczyna się zastanawiać po co to wszystko? A kiedy indziej brakuje mu jakiegoś wątku. Niestety podobnie jest z postaciami. Momentami pomyśleć można, że są to twory tylko li i wyłącznie z tektury, podczas gdy są miejsca, w których mamy wrażenie, że znajdujemy się tuż obok osoby z krwi i kości.
Tak więc podsumowując powieść ta jest bardzo nierówna. Ma swoje plusy i minusy. Sama nie jestem w stanie określić, które przeważają. Nie mogę powiedzieć, że pozycja ta spisana jest na straty, bo można się przy niej dobrze bawić, o ile oczywiście przymknie się oko na wszystkie niedociągnięcia i nie bierze się jej tak do końca na serio. Można ją traktować jako solidny przerywnik pomiędzy poważniejszymi pozycjami.

Surreal

niedziela, 3 maja 2015

Jarmark wyobraźni po poznańsku – Pyrkon 2015


Trudno nie przywoływać sobie w myślach określenia „globalna wioska” przemieszczając się wśród pawilonów MTP w dniach największego polskiego festiwalu fantastyki.  Otacza cię feeria barw, a w uszach aż szumi od brzmienia tysięcy głosów. Gdzie nie spojrzysz ludzie, ale wyjątkowo nie czujesz się jak sardynka upchnięta w blaszanej puszce, bo w tym wypadku nie jest to przypadkowy tłum gapiów, którzy akurat mieli wolny weekend. Najlepszym porównaniem byłby chyba Targ Trolli z „Hellboy Złota armia” albo słynna ulica Pokątna. Bowiem zatrzymując się na chwilę i przyglądając otoczeniu, możesz w jednej chwili objąć wzrokiem dorobek ludzkości z zakresu fantastyki, science-fiction, anime i wszystkiego, co nasza wyobraźnia zdołała wytworzyć w ostatnich dwóch stuleciach.  
Z jednej strony nadciąga grupka najemników w podniszczonych mundurach, z karabinami i obowiązkowo w okularach słonecznych, bo słońce akurat bardzo dopisało. Na chwilę przesłania ich parasolka w wiktoriańskim stylu, a jej właścicielka właśnie została poproszona o pozowanie do wspólnego zdjęcia. Wtedy za zakrętu wyskakuje jednorożec, Luffy i Darth Vader. Nie można też przeoczyć dwóch Jezusów niosących pokaźne krzyże i rozmawiającej z nimi jednej z kilku kręcących się w pobliżu Harley Quinn. Mówiąc krócej: maskarada na całego. Jedne przebrania bawią, inne wzbudzają podziw, bo ich autorzy musieli włożyć mnóstwo pracy by je stworzyć. Tak jak na przykład obłędny strój Padme Amidali, czy olbrzymia zbroja Ironmana.
Ale Pyrkon to nie tylko kostiumy. Na trzy dni trwania festiwalu przewidziano tyle atrakcji, że wprost nie sposób nie znaleźć czegoś dla siebie. Wykłady, spotkania z mniej i bardziej znanymi, konkursy, gry, wystawy, pokazy, spotkania integracyjne i masę innych. Cóż zdarzy się, że prelegent spóźni się albo nie dotrze, ale stosunkowo łatwo można to sobie nadrobić idąc coś przekąsić lub przyjrzeć się wystawionym na sprzedaż gadżetom i cudeńkom, które kuszą wyczulone zmysły miłośników gier i fantasy. Wspominałam o pozowaniu do zdjęć. Ano jest tak, że jeżeli rzuci ci się w oczy ktoś naprawdę genialnie przebrany to nie ma problemu żeby podejść i poprosić o wspólną fotkę. Ale szczytem empatii był dla mnie widok chłopaka, któremu kumple przerobili wózek inwalidzki na czołg i razem z nimi mógł patrolować przejścia między pawilonami na swoim gąsienicowym wehikule.
Z pewnością to bardzo pozytywne wydarzenie, które pozwala rzeszy ludzi przez trzy dni czerpać z tego, co dla niektórych stanowi hobby, a innym wręcz pozwala zapracować na przysłowiową kromkę chleba. Niektórych mogą odrzucać tłumy, które przyciąga tak wielka impreza, bo kameralną na pewno nie można jej nazwać. Nikt tu jednak do niczego nie zmusza, można wpaść tylko na chwilę by odwiedzić to co nas interesuje lub dać się wciągnąć w wir, który pewnie nas wykończy, ale przynajmniej będzie o czym opowiadać. Jeżeli ktoś lubi i ma czas można się też wciągnąć w wolontariat, gdyż tak wielka impreza potrzebuje zaplecza ludzkiego. Polecam i odsyłam do filmików, które perfekcyjnie podsumowują przebieg całego festiwalu, a które można znaleźć na oficjalnej stronie Pyrkonu.

Ethlinn

czwartek, 23 kwietnia 2015

"Podpalaczka" Stephen King.

        "Czemu nie? Kasa zawsze się przyda." pomyślało kilkoro studentów, po zobaczeniu ogłoszenia o poszukiwaniu chętnych do udziału w eksperymencie. Ale po tym eksperymencie wszystko się zmieniło. Obudził on w nich zdolności paranormalne, ale to dopiero początek problemów. Prawdziwe niebezpieczeństwo zaczęło się kilka lat później, gdy dwoje dawnych uczestników projektu pobiera się, a następnie rodzi im się córka. Córka, która odziedziczyła ich zdolności, a nawet ich przerosła.
        Stephena Kinga chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Nazwisko ogólnie znane i kojarzone z horrorem. Tą książkę można pod tą definicję podciągnąć, ale według mnie, trzeba się przy tym jednak trochę postarać.
        Podejrzane eksperymenty, zdolności paranormalne i tajne organizacje rządowe to zazwyczaj mieszanka wybuchowa. Jeśli dodamy do tego sześciolatkę, która włada ogniem i nie do końca nad tym panuje i jej ojca, którzy uciekają przed wyżej wymienioną organizacją przez pierwszą połowę książki, a przez drugą próbują się wydostać z ich super-tajnego ośrodka, chyba wszyscy wiemy, czego się spodziewać.
        Jednak w jakiś sposób potrafiła ona wciągnąć mnie w swoje odmęty i zatrzymać do ostatniej strony. Czytanie jej było dokładnie tym, czego można spodziewać się po książce sygnowanej nazwiskiem Kinga, nawet jeśli bardziej przypomina ona momentami hollywoodzki film przeniesiony z ekranu na karty książki, niż chciałoby się przyznać.
        I choć większość książki nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia, ostatnia scena, której przebiegu chyba zdradzać nie powinnam, choć dla mnie wielkim zaskoczeniem nie była, spowodowała, że wspominam tą książkę bardzo dobrze. Z taką myślą - nie ważne, czy mają sześć lat, czy trochę więcej - kobiet lepiej nie denerwować.
Z pozdrowieniami
Rosalie

czwartek, 26 marca 2015

"Na szafocie" - bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ.


                Ostatnimi czasy zaczęłam sobie umilać dłużące się podróże po mieście audiobookami. Wkładasz słuchawki na uszy i możesz odpłynąć do zupełnie innego świata, a przy okazji wreszcie znaleźć czas na książki. Czy to w samochodzie, tramwaju czy pociągu zamiast siedzieć i gapić się bez sensu w przestrzeń, można w przyjemny i ambitny sposób wypełnić sobie czas. Zwłaszcza, że jest z czego wybierać, a audiobooki da się kupić w księgarniach lub wypożyczać w niektórych bibliotekach. Lektorami są zwykle aktorzy, a ich wyćwiczone głosy potrafią dodatkowo nadać realizmu scenom, które pisarze zamknęli na kartach swych książek. Tym razem mój wybór padł na powieść Hilary Mantel, brytyjskiej pisarki, która generalnie historykiem nie jest. Jednak w tym wypadku nie zrobiło mi to dużej różnicy, bowiem przykuł moją uwagę sam temat i nie zawiodłam się w swym wyborze, ale do rzeczy.
                Tudorowie to dynastia władców Anglii z czasów renesansu i reformacji, która na zawsze  podzieliła Kościół chrześcijański. Wydała ona na świat władców, których imiona obowiązkowo pojawiają się na kartach podręczników, stanowiła też jeden z najciekawszych okresów w historii tego kraju, a panowanie Elżbiety I obwołano złotym wiekiem dla Anglii. Nas interesuje jednak sylwetka jej ojca Henryka VIII, który słynie chyba najbardziej z tego, że miał 6 żon, a by móc zawierać kolejne małżeństwa odłączył się od papieża i dość często posługiwał się katowskim toporem.  Znajdujemy się w Anglii roku pańskiego 1535, gdy królową jest Anna Boleyn, druga w kolejności wybranka Henryka. Zaślubiona dwa lata wcześniej, pomimo że na świecie wciąż przebywa jego pierwsza żona Katarzyna Aragońska.
                Powieść stanowi kontynuację poprzedniej książki Mantel „W komnatach Wolf Hall” i co dla mnie najważniejsze jej narratorem jest Thomas Cromwell, doradca króla Henryka, lord sekretarz, archiwariusz królewski, wikariusz generalny Kościoła anglikańskiego oraz rektor uniwersytetu w Cambridge. Okazała tytulatura jak na osobę, której ojciec był kowalem o ciężkiej ręce i niezbyt kolorowej reputacji, nieprawdaż? W dodatku jest to postać w stu procentach prawdziwa i odegrał on niemałą rolę w interesujących nas wydarzeniach. Lord sekretarz jest mężczyzną słusznej postury, o przenikliwym umyśle, doskonałej pamięci i sprawnym, żeby nie powiedzieć ciętym języku. Wszystko jednak w granicach dworskiej uprzejmości. Królowi, Cromwell służy radą i swą wiedzą z zakresu rusznikarstwa, architektury, ogrodnictwa, administracji, hodowli owiec i wszystkiego, co akurat najjaśniejszemu panu przyjdzie do głowy. Brak miejsca by opisać jak przebiegły jest ten człowiek, czego w życiu nie robił i do jakich rzeczy potrafi się posunąć, wszystko by zadowolić Henryka. Bo jednego nie można mu zarzucić, jest lojalny jak pies, nawet jeżeli zwykle psom nie zdarza się umyślnie manipulować swym panem.
                Cóż jeżeli ktoś nie wiedział o tym wcześniej to żadną wielką tajemnicą będzie zdradzenie, że Anna Boleyn nie skończyła szczęśliwie. Natomiast zanim przyszedł czas na jej wizytę u kata, doprowadziła całą Anglię do wrzenia. Dwór królewski to wielki gmach podparty na wielu kolumnach, a każda z nich ma swój cel w tym by go wspierać lub doprowadzić do upadku. Trzeba dodać, że niewielu z nich spodobała się koronacja Anny i wywyższenie rodziny Boleynów. Dlatego intryga goni intrygę, szafot ugina się pod ciężarem ciał, a korowód przewijających się postaci może przyprawić o zawrót głowy. To tylko zaostrza apetyt, bo naocznie możemy się przekonać jak narowistym i nieobliczalnym rumakiem jest łaska króla Henryka VIII. Jednak przede wszystkim dlaczego i w jaki sposób Anna z kochanicy, dla poślubienia której wstrząsnął całą Europą, stała się zdrajczynią oskarżoną o cudzołóstwo, czary i kazirodztwo.
                Miłośnikom historii szczerze i gorąco polecam zarówno w formie papierowej jak i słuchanej, bo głos Mariana Czarnkowskiego już zawsze kojarzyć mi się będzie z dźwiękiem bystrej myśli Tomasza Cromwella. Jeżeli ktoś pragnie zgłębić systemy działania polityki i dyplomacji to jest to przebogata kopalnia wiedzy. Jedne postacie można kochać, na inne się oburzać, ale z pewnością nie można przejść koło nich obojętnie. A jak się drzewo powali, każdy je rąbie i pali.

Ethlinn

piątek, 20 marca 2015

"Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze" Edgara Allana Poe.


        Jeśli miałabym podsumować tą książkę jednym wyrażeniem, byłoby to "świat według Poe". Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z tym nazwiskiem, jest to mistrz makabreski, ale jednocześnie twórca jednego z pierwowzorów Sherlocka Holmesa - C. Auguste'a Dupina.
        Książka ta jest zbiorem jego utworów na tematy wymienione w tytule. Trzeba jednak uważać, bo bardzo często podział ten jest jedynie umowny i historia o miłości może zmienić się w zapis obsesji szaleńca lub zbrodni z miłości. Stąd też do każdej historii podejść trzeba jednak osobno, z zupełnie innej strony, indywidualnie. Ponieważ nawet te opowieści, które mają ze sobą jakieś powiązania, jak w przypadku opowiadań o C. Auguste Dupinie, nadal są to jednak zupełnie osobne przypadki, które nie łączy wiele więcej, niż postać genialnego detektywa i pewien specyficzny klimat historii spisanych przez Edgara Allana Poe.
        Opowieści tłumaczone są przez różne osoby, stąd też język waha się czasem dość gwałtownie pomiędzy nimi. W końcu nie tak łatwo przełożyć na inny język obsesję, szaleństwo czy dziką miłość. Tym bardziej, gdy usiłuje się to zrobić ponad stulecie po powstaniu tych utworów, w zupełnie innych warunkach.
        "Opowieści..." te są książką dla osób o mocnych nerwach i silnej psychice. Poczucie czarnego, czasem wręcz makabrycznego humoru również się przydaje, aby czerpać pełnymi garściami rozkosz z mrocznego świata kreowanego przez Edgara Allana Poe.
Z pozdrowieniami
Rosalie

sobota, 14 marca 2015

Czy i ty wybierasz się pod wisielców drzewo? – „Igrzyska Śmierci: Kosogłos część 1”

       
       Sądzimy, że nie trzeba dużo mówić o tej produkcji. W końcu wszędzie jest o niej głośno, a właściwie było jeszcze niedawno. „Kosogłos” jest trzecią częścią serii „Igrzyska Śmierci” opartej na powieści Suzanne Collins. Warto nadmienić, że reżyserem tego cuda jest Francis Lawrence, którego znamy z takich tytułów jak: "Constantine", "Jestem legendą" czy "Woda dla słoni" oraz oczywiście dwóch poprzednich części "Igrzysk". Zasiadając przed ekranem można więc założyć, że nie będzie to byle co.
        Obraz kontynuuje historię znaną z poprzednich części, opowiadającą dramatyczną drogę Katniss Everdeen do niekoniecznie pożądanej przez nią sławy. Znajdujemy się w pogrzebanym pod ziemią Dystrykcie 13, którego istnienie skrupulatnie zatajane jest przed resztą Panem przez Kapitol. Dzięki akcji propagandowej prowadzonej na szeroką skalę przez prezydent Coin, sytuacja w dystryktach osiąga poziom krytyczny, wzbudzając większe emocje niż ostatni egzamin poprawkowy wśród studentów medycyny. Dosłownie rzecz ujmując brakuje tylko jednej kropli i posługując się cytatem z gry „Wiedźmin Zabójcy królów” „To jedna kropla, która przegięła pałę goryczy”. W mniemaniu prezydent Coin i Plutarcha Haevensbee ma nią być Katniss. Wiele więcej z fabuły nie ma sensu zdradzać, by nie odebrać przyjemności oglądania filmu.
       Zajmijmy się może obsadą. Oprócz starej gwardii na planie pojawia się kilka nowych twarzy. Między innymi Julianne Moore w roli oschłej i despotycznej Almy Coin.  W ramach projektu Plutarcha do Katniss dołącza ekipa fimowa, w skład której wchodzą: zyskująca ostatnio sławę Natalie Dormer jako Cressida, Elden Henson w roli Polluxa oraz Evan Ross – Messalla i Wes Chatham – Castor. Wojskowym przewodnikiem po Dystrykcie 13 zostaje Boggs, czyli Mahershala Ali. Po poprzednich częściach spodziewać się należy niezłego poziomu gry aktorskiej, tutaj widz się nie zawiedzie. Aktorzy robią co mogą i uwijają się niczym mrówki w ukropie by nadążyć za akcją i przekonująco oddać uczucia swoich bohaterów – prawdziwie ich ożywić. Oczywiście, z racji na ilość ekranowego czasu poświęconego tym bohaterom, na pierwszy plan wysuwają się  Julianne Moore, ś.p. Philip Seymour Hoffman, Jennifer Lawrence czy Liam Hemsworth. Wszyscy radzą sobie doskonale, choć zdecydowanie najlepiej wypadają  Julianne Moore, Philip Seymour Hoffman i Elizabeth Banks (jej rola naprawdę nie należy do łatwych).
       Są w tym filmie sceny, które wciskają w fotel. Po pierwsze nie znajdujemy się już na arenie, a to co się dzieje na ekranie dotyczy już nie tylko trybutów. Przed naszymi oczami po raz pierwszy od wielu lat ludność poszczególnych Dystryktów jawnie zaczyna się sprzeciwiać terrorowi Kapitolu. Ma to swoje konsekwencje, ale właśnie w tych momentach twórcy efektów specjalnych znaleźli ujście swej inwencji twórczej. Czasem wokół nie widać nic poza ogniem, a powietrze przecinają kolejne serie pocisków. Udało się im osiągnąć efekt podwyższonej adrenaliny, bez wywoływania nudy, co czasami dotyka filmy w których przesadzono z pirotechniką. Innym razem kilkoma prostymi trikami pozwalają nam wczuć się w sytuacje bohaterów, którzy drżą na granicy paniki. Wszystko potęguje świetnie dobrana muzyka. Nie można tu nie wspomnieć genialnego utworu, śpiewanego przez samą Jennifer Lawrence, „The hanging tree”. Po raz kolejny w tej serii prosta piosenka staje się zapowiedzią przeżycia niezapomnianych chwil.
       Jeśli chodzi o odwzorowywanie książki, podejrzewam, że po tym co teraz napiszę co bardziej zagorzali fani serii „papierowej” mnie zaraz wyklną, ale cieszę się, że producenci zdecydowali pokazać się to właśnie w taki, a nie inny sposób. Sama książka, choć plasuje się nieco ponad przeciętną, potrafi człowieka czasem znudzić, a wewnętrzne rozmyślania Katniss dla co wrażliwszych mogą okazać się katorgą. Film, przez to, że unika tego typu scen (prawdopodobnie również dlatego, że pokazanie tego w przynajmniej sensowny sposób byłoby trudne, ale to już zupełnie inna kwestia) wypada wyjątkowo dobrze. Mimo, że wsparty na literaturze typowo młodzieżowej, po której nie można spodziewać się wielkiego polotu, ze starcia z „oryginałem” wychodzi zdecydowanie z tarczą.
        Zgodnie uważamy, że można polecić ten film wszystkim fanom książkowej sagi, jeżeli nie zraziły ich poprzednie ekranizacje. Nie jest żadną tajemnicą, że historia Katniss do bajkowej nie należy, więc również film ma w sobie sporo okrucieństwa i brutalności. W przeciwieństwie do poprzednich części przemoc rozrasta się tu do skali masowej. Lecz dzisiejsza młodzież twarda jest, a przynajmniej za taką się uważa, więc nie powinno to stanowić większego problemu. Szczególne zaproszenie dla tych, którzy od filmów spod sztandaru fantasy oczekują rozmachu i efektów na miarę dzisiejszej technologii, a przy okazji szukają rozrywki, zahaczającej podświadomie o nieco poważniejsze tematy.
Surreal & Ethlinn

czwartek, 5 marca 2015

„Amerykańscy bogowie” – największy przekręt w wieczności, bogowie znani i nieznani...

Odyn, najpotężniejszy z Asów, naczelne skandynawskie bóstwo. By napić się ze studni wiedzy i posiąść mądrość poświęcił własne oko, ojciec wszechrzeczy, poeta, wędrowiec, a także bóg powieszonych. Nie trzeba wcale być znawcą mitologii, by napotykać jego imię w życiu codziennym. W językach o germańskim pochodzeniu, nazwa trzeciego dnia tygodnia pochodzi właśnie od imienia jego boskiej mości. Co jednak tak stare bóstwo jak Odyn miałoby robić w Ameryce?  W krainie postępu i nowoczesnej cywilizacji - powoli wyrzekającej się tradycji i łamiącej wszelkie kanony. Jego ojczyzną są przecież północne ziemie Europy, skaliste fiordy i ciemne odmęty mórz pełnych łososi i śledzi. Okazuje się, że ludzkości oprócz ospy i grypy udało się przywlec do Nowego Świata o wiele więcej.
Nie nazwę siebie zapaloną fanką lub znawczynią twórczości Neila Gaimana, ale mogę powiedzieć, że wszystkie jego książki, które wpadły w mi w ręce miały w sobie to coś. Były w pewien sposób oryginalne i prezentowały nową wizję fantastyki. Z drugiej strony operuje on dosyć znanymi tematami, choć przedstawionymi w innym świetle. Czy była to opowieść o wychowanku z cmentarza, o ludziach z guzikami zamiast oczu czy wreszcie zbiór pełen magicznych opowiadań zawsze wiedziałam, że sięgam po coś ciekawego. Jak się okazało tkwiłam w przedsionku możliwości, które zaoferował nam angielski pisarz. Ano właśnie rodowity Brytyjczyk, a nie dziedzic amerykańskiego snu. Z tym jednak wiąże się inna sprawa, o której za chwilę.
„Amerykańscy bogowie” to powieść dosyć długa, gdyż ma około 450 stron. Mimo to nie nuży, a krótkie wstawki opisujące historie pojedynczych ludzi, w różny sposób powiązanych z Ameryką urozmaicają fabułę. Ta książka jest jednak zbyt złożona i ciekawa, by czytać ją jednym tchem i przeskakiwać kolejne strony jak w biegu z przeszkodami. Dawno nie spotkałam głównego bohatera, którego przemyślenia byłyby równie nieszablonowe jak w przypadku Cienia. Niezapomniany cytat „W domu pachniało pleśnią i wilgocią, a także lekką słodyczą, jakby nawiedzały go duchy dawno zmarłych ciastek”. Jego sposób obserwowania otoczenia i styl bycia, wreszcie pozwalają przyjrzeć się Ameryce z zupełnie innego punktu widzenia. Nie trzeba wysłuchiwać problemów egzystencjonalnych zakochanych nastolatek, czy mierzyć się z cudami amerykańskiej produkcji rodem z Hollywood, gdzie od początku wiesz, jak wszystko się potoczy. W dodatku wszędzie są bogowie, bożki, duchy i inne formy uosobionej wiary. Każdy z nich ma swoją osobowość i historię, swoje pragnienia i bolączki. Mimo wielu wieków na karkach mają swoje poczucie sprawiedliwości i odpowiednio zmotywowani nie dadzą się bez walki zepchnąć do lamusa nowym symbolom współczesnego świata.
Jak już wspominałam Neil Gaiman Amerykaninem nie jest i w podziękowaniach zawartych w książce można się dowiedzieć, jak wiele pracy wymagało od niego stworzenie realistycznego obrazu Stanów. Wystarczy wspomnieć, że przecież istnieje wiele rozbieżności między angielskim brytyjskim a amerykańskim, na które musiał bacznie zwracać uwagę. Niestety, jako że czytałam książkę po polsku, cały wysiłek autora w tym zakresie mnie ominął.  Jest jednak cała masa innych dziedzin, które musiał zgłębić. Od historii Ameryki i Europy, mitologii najrozmaitszych kultur po zagwozdki medyczne i dziwne dane administracyjne małych miasteczek.
By dodać wisienkę na torcie stwierdzam, że ten tytuł może się spodobać nie tylko fanom fantastyki, choć oczywiście to do nich najbardziej trafi treść książki. Ponieważ nie przepadam za wiśniami, osobiście się przyznam, że trudno mi było napisać tę recenzję. „Amerykańscy bogowie” są bardzo znaczącą pozycją i dosyć złożoną, więc nie wiedziałam na czym się skupić. Najlepiej samemu ją przeczytać, by poznać odpowiedź na pytanie, co się może zdarzyć, gdy zabijemy boga?


Ethlinn

czwartek, 26 lutego 2015

Kilka słów o kimś niezwykłym…

















        
        Twarda oprawa, około 300 stron, na okładce widnieje znajoma (przynajmniej dla większości fanów cięższego brzmienia) twarz. U góry nazwa serii Gwiazdy sceny, która moim zdaniem jest tutaj nieadekwatna, ponieważ bohater tej książki z pewnością nie czuje się jak gwiazda, a już na pewno tak się nie zachowuje. Dla mnie określenie „gwiazda” ma negatywny wydźwięk – kojarzy mi się z wymalowanymi i ubranymi w drogie, markowe ciuchy obecnymi gwiazdami show-biznesu, które żądają wymyślnych udogodnień w swoich garderobach oraz specjalnego traktowania po występie.
Uf… Wyrzuciłam z siebie niezadowolenie zachowaniem współczesnych celebrytów. Teraz z czystym sumieniem mogę kontynuować.
        Bohaterem tej biografii jest nie kto inny, tylko sam Bruce Dickinson – znany milionom jako wokalista Iron Maiden, zespołu reprezentującego New Wave Of British Heavy Metal. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że jest on prawdziwym człowiekiem renesansu. Szermierka (w 1989 roku był nawet na 7. miejscu w brytyjskich rankingach i mógł jechać na Olimpiadę, ale plany koncertowe Iron Maiden kolidowały z rozgrywkami sportowymi, więc z nich zrezygnował), pilotaż (lata Boeingiem 757; jeden z nich, nazwany Ed Force One, był specjalnie przystosowany do transportowania sprzętu muzycznego – zespół podróżował nim podczas tras w 2008 i 2010/2011 roku), pisanie książek, prowadzenie audycji radiowych oraz programów telewizyjnych to tylko niektóre z jego aktywności. Podziwiam go, że był i jest wstanie znaleźć czas, aby to wszystko robić. Sądzę, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Jest człowiekiem pełnym energii – szukał dla siebie różnych zajęć, ponieważ nie chciał pod koniec życia stwierdzić, że spędził je na podróżowaniu autobusem i piciu piwa z kumplami. Jego żywiołowość widać na koncertach – miałam przyjemność w czerwcu 2014 roku po raz pierwszy zobaczyć Iron Maiden na żywo. Byłam oczarowana tym występem. Kto normalny w wieku 56 lat biega po scenie przez dwie godziny i do tego jeszcze śpiewa? Nikt, bo Bruce jest po prostu niezwykłym człowiekiem. 
        O całej jego niezwykłości dowiedziałam się właśnie z tej biografii – kupiłam ją kilka miesięcy po koncercie. Muszę powiedzieć, że wręcz ją połykałam, a nie czytałam, ciekawa życia tego człowieka. Pisana jest tak, że nie można się od niej oderwać. Do tego dochodzą zabawne tytuły niektórych rozdziałów, jak np. ROZDZIAŁ 7: W którym główny bohater staje przed propozycją nie do odrzucenia, ale będąc porządnym kolesiem, chwilę się zastanawia. Takie biografie mogę czytać - bez zbędnych dat, napisane w sposób przystępny i dowcipny. Znajduje się w niej też duża ilość wypowiedzi osób, które znały Dickinsona, pracowały z nim. Ponadto, każdy etap życia Bruce’a jest szczegółowo opisany, co ma znaczenie zwłaszcza w przypadku jego młodości i kariery solowej, ponieważ biografii dotyczących Iron Maiden jest wiele. Niestety, jak to w przypadku żyjących i wciąż aktywnych osób bywa, zawiera ona tylko informacje do momentu skończenia pisania – mam nadzieję, że autor pokusi się o kolejne wydanie. Dużym minusem dla mnie jest mała liczba zdjęć – Bruce jest zbyt barwną postacią, aby ograniczać pod tym względem to wydawnictwo.
        Jak na książkę tego typu przystało, najpierw mamy wprowadzenie „historyczne”, czyli od narodzin, przez czasy szkolne (pełne ciekawych i tych mniej interesujących faktów), aż do pierwszych występów. Następnie poznajemy pierwszy znaczący zespół w życiu Dickinsona – Samson. To właśnie podczas występu z tą grupą w 1981r. na festiwalu w Reading (Wielka Brytania) został zauważony przez managera Iron Maiden (Roda Smallwooda), zaproszony na próbę i wkrótce przyjęty do zespołu, na miejsce Paula Di’Anno. Tak zaczęła się jego przygoda z Żelazną Dziewicą, którą porzucił ponad 10 lat później na rzecz solowej kariery – po prostu chciał iść w innym kierunku niż Steve Harris (basista i założyciel Iron Maiden, a także autor większości tekstów i muzyki). Mało kto odważył by się na odejście z takiego zespołu, a Bruce jednak to zrobił – chciał spróbować czegoś nowego, poeksperymentować z muzyką.
Po trwającej 6 lat rozłące, ich drogi ponownie się zeszły. Posypały się kolejne płyty i trasy koncertowe. Książkę kończy rozdział opisujący m. in. wszystko co związane z czternastym (będącym na chwilę obecną przedostatnim) albumem studyjnym Iron Maiden – wydanym w 2006 roku A Matter of Life and Death.
        Mankamentem polskojęzycznej wersji tej biografii jest przede wszystkim fakt, że została ona wydana dopiero 6-7 lat po jej napisaniu – przez ten czas m. in. Iron Maiden wydało następną płytę. Nie rozumiem dlaczego zwlekali tyle czasu z tłumaczeniem.
Dolna część okładki także nie przypadła mi do gustu, a to dlatego, że podtytuł brzmi Iron Maiden. To tak jakby wszystko co Bruce zrobił (i robi) kręciło się tylko wokół tego zespołu. Zapewne wydawca chciał w ten sposób przyciągnąć większą liczbę czytelników, ale kariera solowa Bruce’a oraz wszelkie jego aktywności poza-muzyczne również zasługują na uwagę.
Dlatego zdecydowałam się pokazać też okładkę anglojęzycznego wydania, zawierającą podtytuł Flashing Metal with Iron Maiden and Flying Solo, który według mnie bardziej pasuje do treści książki.
        Jestem pewna, że wrócę do tej książki, ponieważ czytając ją pierwszy raz nie miałam pojęcia o wielu rzeczach, które myślę, że teraz już znam i rozumiem – sądzę, że jeszcze więcej dowiem się o tym człowieku, o jego wyjątkowości.
Biografię tę polecam przede wszystkim fanom Iron Maiden, nawet tym, dla których zespół ten przestał istnieć po odejściu Paula Di’Anno – może spojrzą na Bruce’a łaskawszym okiem. Zachęcam również do jej przeczytania tych, którzy chcą poznać bliżej tę fantastyczną postać.


Z uwagi na zaistniałe okoliczności, chciałabym wspomnieć o czymś jeszcze.
Dnia 19.02.2015r. na oficjalnej stronie zespołu Iron Maiden pojawił się komunikat o następującej treści:
Tuż przed Bożym Narodzeniem wokalista Maiden, Bruce Dickinson, udał się do lekarza na rutynową kontrolę. Wszystko doprowadziło do szczegółowych badań i biopsji, która wykazała niewielkiego guza na końcu języka. Siedem tygodni poddawał się chemioterapii i radioterapii, a całe leczenie zakończyło się wczoraj. Guz został wykryty w początkowej fazie i rokowania są bardzo dobre. Lekarze Bruce'a przewidują, że wróci do pełni zdrowia pod koniec maja. W między czasie prosimy o cierpliwość, zrozumienie i poszanowanie prywatności Bruce'a i jego rodziny. Będziemy informować o postępach w leczeniu. Bruce ma się bardzo dobrze zważywszy na okoliczności.
Kto jak kto, ale Bruce nie odpuści. Jestem pewna, że zrobi wszystko, aby wyzdrowieć i wrócić do pełni sił. Parafrazując słowa utworu Iron Maiden: Heaven MUST wait ‘til another day!



Artemora