Wszyscy jesteśmy dziećmi w mniej
lub bardziej dorosłych opakowaniach, w związku z tym warto czasem sięgnąć w
kierunku czegoś, co nasyci naszą dziecinność pozytywną energią. Disneya nikomu
przedstawiać nie trzeba, gdyż już od wielu pokoleń zajmuje się wzbogacaniem
dorobku ludzkości o kultowe animacje. Różnie z nim ostatnio bywa, jeżeli chodzi
o poziom słanych w świat produkcji i mimo zgrzytów, jedno w gruncie rzeczy nie
uległo zmianie. Nadal produkuje się tam bajki, które mają w sobie to „coś”.
Wraz z
postępem technologii, od kilkunastu lat dobrze mi znane z dzieciństwa animacje,
zajmuje grafika komputerowa. Tak też i Disney właściwie 80% swoich ostatnich
dużych produkcji skierował w tym właśnie kierunku. Nie powiem, czy to źle, czy
dobrze, bo z pewnością ułatwiło to w dużej mierze pracę i przyspieszyło proces
powstawania filmów. Może ze względu na sentyment brakuje mi trochę rysunkowej
kreski i faktu, że każda kolejna animacja miała swój własny niepowtarzalny
styl. Jednak w przypadku bohatera dzisiejszego tekstu idiotyzmem by było
narzekać, że nie pracował nad nim sztab rysowników mozolnie tworzących
poszczególne klatki filmu.
Big
Hero 6 (bo angielski tytuł, jakoś ładniej mi brzmi) to ostatnia produkcja
Disneya, która idąc z duchem czasu przenosi nas w przyszłość. W mieście San
Fransokyo działa uniwersytet z bardzo dobrze prosperującym wydziałem robotyki.
Jednym z tamtejszych studentów jest Tadashi Hamada, lecz głównym bohaterem tej
historii jest jego genialny i zbuntowany młodszy brat Hiro – specjalista od
walk robotów. Pewna tragedia powoduje, że Hiro traci dużo więcej niż tylko
jeden ze swoich wynalazków. Właściwie fabuła filmu nie jest powalająca, pojawia
się zły, którego grupka przyjaciół pod wodzą nastolatka próbuje unieszkodliwić
przy pomocy masy gadżetów własnego autorstwa. To część dla dzieciaków, bo
rzeczywiście gdybym miała znów 7 lat, byłby to motyw przewijający się przez szereg
następnych zabaw. Dla tych starszych najważniejszy jest jednak pogodny i pełen
pociesznych sytuacji wydźwięk tego filmu.
Nie
przedstawiłam, bowiem jeszcze bohatera numer dwa. Przed państwem Baymax,
osobisty opiekun medyczny, czytaj wielki biały balon o jagnięcym usposobieniu.
Jako, że został stworzony by nieść pomoc i pociechę, niezbyt wpasowuje się w
charakter Hiro, który jak już wspomniałam zbuntowanym nastolatkiem jest i
posiada wszelkie tej choroby objawy. Tu jednak twórcy filmu wykazali się
olbrzymim geniuszem i stworzyli z tej pary mieszankę, przy której czasem twarz wręcz
drętwieje od śmiechu. Pocieszne zachowanie Baymaxa to najlepszy atut tej
produkcji i nie powiem, że to dla niej mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz.
Cała reszta to wszystko co powinien mieć film dla dzieci, czyli akcję,
bohaterów i szczęśliwe zakończenie, a co nas „dorosłych” może już tak nie
zachwycać.
Może
nie jest to „Król Lew”, ale z pewnością Wielka Szóstka może śmiało wkroczyć w
panteon tych dobrych disneyowskich produkcji. Utrzymała to co powinna, jest
przesłanie, przyjaźń która pokonuje przeciwności i masa śmiechu, a w wszystko w
dopracowanej oprawie graficznej. Także Baymax jestem zadowolona z opieki. Jest
to film dla dzieci, nie da się ukryć, ale dorośli spoglądając od czasu do czasu
na ekran, też mogą stracić na chwilę nieco swojej powagi i po prostu serdecznie
zaśmiewać się do utraty tchu.
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz