Draculów jak wiadomo było wielu. Motyw mrocznego potępieńca przewija się w historii literatury i kina już ponad wiek. Przez lata kreowano je na potwory, które mają w sobie tyle piekła co sam diabeł. Ostatnimi czasy rozpowszechniła się zaś moda na romansidła (nie koniecznie dobre), których głównymi bohaterami są wszelkiej maści demony, upiory i potwory. Ówże monstra obdarzone są charakterami niemniej skomplikowanymi niż u nastolatek w okresie dojrzewania. Świetnie wpasowują się do historii o brzydkim kaczątku. Równocześnie pojawiła się tendencja by sięgać do źródła i nadawać wszystkiemu śladowe ilości logiki i zgodności historycznej. Palownika z Transylwanii także wzięto na celownik. Na pytanie do której kategorii zaliczyć najnowszego "Draculę” i jego „Nieznaną historię”, niełatwo odpowiedzieć. Zapewne każdy musi ocenić sam, choć spróbujemy nieco rozjaśnić tę kwestię.
Skoro wstęp mamy już za sobą, warto by powiedzieć kilka zdań na temat fabuły. Zabierając się za film widz ląduje w XV wiecznej Transylwanii, na której tronie zasiada Vlad III, a przystojnej twarzy użycza mu Luke Evans. Książę za młodu służył jako janczar w armii tureckiej - była to cena jaką jego ojciec zapłacił za pokój. Vlad jako jego następca próbuje rządzić swą ziemią sprawiedliwie i zapewnić jej spokój. Jako lennik sułtana, rok w rok płaci daninę w srebrze, by ten mógł prowadzić wojny z innymi państwami. Tym razem cena zostaje podniesiona o tysiąc chłopców, w tym jedynego syna Vlada. Po nieudanej próbie wpłynięcia na niegdysiejszego przyjaciela, a obecnego sułtana, książę chwyta się - niczym tonący brzytwy - wszelkich drastycznych środków by zapewnić swemu pierworodnemu i innym chłopcom bezpieczeństwo. W taki oto sposób Vlad dostępuje zaszczytu stania się szatańskim pomiotem. Jednocześnie zyskując też tytuł najsłynniejszego przedstawiciela wampirzego gatunku wszech czasów, co łatwo zgadnąć znając tytuł filmu. Od tego momentu, rozwój akcji wzrasta niemal w tempie geometrycznym i przystaje tylko na sekund kilka, by chylić kapelusza nad konającymi przyjaciółmi Vlada.
Może film nie zrobiłby na nas takiego wrażenia, gdyby po sprawdzeniu kilku informacji nie okazało się, że jest to właściwie debiut reżysera (Gary Shore), który dotąd zajmował się kręceniem reklam. Żeby tego było mało również scenarzyści dotąd nie zajmowali się długimi formami. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że za dość wymagający, a jednocześnie mocno wyeksploatowany temat zabrały się przysłowiowe „świeżynki” w świecie kina. Powstaje pytanie jak dorwali się do tak wysokobudżetowej produkcji? Ale w sumie co nas to obchodzi, ważne że jak na pierwszy raz nie poszło przecież wcale źle. Prawdopodobnie dużą rolę odegrała tu obsada aktorska. Oczywiście jest Luke Evans w tytułowej roli. Na całe szczęście, bo aż strach myśleć jak mógłby wyglądać wołoski książę w prawdziwie amerykańskim wydaniu... Jego żonę gra zjawiskowa Sarah Gadon. Towarzyszą im Dominic Cooper, Charles Dance oraz cała masa tych mniej znanych.
Film ma jeszcze kilka atutów w postaci pięknych scenerii, które choć pochodzą z Irlandii z pewnością dodają mu aury niesamowitości. Góry, lasy i jeziora. Da się nawet przeżyć zamek Vlada położony na środku płaskiej jak stół równiny, choć przecież Transylwania nie należy do krain płaskich. Jeśli spojrzy się na mapę, jest to raczej miejsce obfitujące w góry, pagórki i doliny, a nie szerokie niziny. Kolejnym plusem tej ekranizacji jest muzyka. Może to nie są kompozycje na miarę Hansa Zimmera, ale całkiem umiejętnie wpasowuje się w sytuacje dodając trochę głębi.
Jednakże na tym zalety filmu chyba się kończą. Aktorzy mimo usilnych prób nie byli w stanie zniwelować ckliwości przewijającej się w filmie tu i ówdzie. Nawet najlepszy aktor nie jest w stanie naprawić scenariusza. Kolejnym minusem może być to, że mimo wartkiej i szybko rozwijającej się akcji produkcja ta ma swoje przestoje i w niektórych momentach wręcz wieje nudą.
Podsumowując: biorąc pod uwagę małe wszystkie „ZA” i „PRZECIW” film nie należy do tragedii rodem z Grecji, ale do wielkiego sukcesu również sporo mu brakuje. Można polecić go osobom wybitnie zainteresowanym historią Draculi – jest tu pokazany z zupełnie innej, zaskakującej strony i to strony zdecydowanie wartej rozważenia. Filmem powinny zainteresować się również osoby szukające niezbyt górnolotnej rozrywki (ale nie takiej w stylu głupawych komedii) z odrobiną fantastyki. Krótko mówiąc film można ocenić jako: niezły, szczególnie na tle innych wybitnie inteligentnych produkcji ostatnich czasów traktujących o wampirach.
Ethlinn & Surreal

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz