czwartek, 5 marca 2015

„Amerykańscy bogowie” – największy przekręt w wieczności, bogowie znani i nieznani...

Odyn, najpotężniejszy z Asów, naczelne skandynawskie bóstwo. By napić się ze studni wiedzy i posiąść mądrość poświęcił własne oko, ojciec wszechrzeczy, poeta, wędrowiec, a także bóg powieszonych. Nie trzeba wcale być znawcą mitologii, by napotykać jego imię w życiu codziennym. W językach o germańskim pochodzeniu, nazwa trzeciego dnia tygodnia pochodzi właśnie od imienia jego boskiej mości. Co jednak tak stare bóstwo jak Odyn miałoby robić w Ameryce?  W krainie postępu i nowoczesnej cywilizacji - powoli wyrzekającej się tradycji i łamiącej wszelkie kanony. Jego ojczyzną są przecież północne ziemie Europy, skaliste fiordy i ciemne odmęty mórz pełnych łososi i śledzi. Okazuje się, że ludzkości oprócz ospy i grypy udało się przywlec do Nowego Świata o wiele więcej.
Nie nazwę siebie zapaloną fanką lub znawczynią twórczości Neila Gaimana, ale mogę powiedzieć, że wszystkie jego książki, które wpadły w mi w ręce miały w sobie to coś. Były w pewien sposób oryginalne i prezentowały nową wizję fantastyki. Z drugiej strony operuje on dosyć znanymi tematami, choć przedstawionymi w innym świetle. Czy była to opowieść o wychowanku z cmentarza, o ludziach z guzikami zamiast oczu czy wreszcie zbiór pełen magicznych opowiadań zawsze wiedziałam, że sięgam po coś ciekawego. Jak się okazało tkwiłam w przedsionku możliwości, które zaoferował nam angielski pisarz. Ano właśnie rodowity Brytyjczyk, a nie dziedzic amerykańskiego snu. Z tym jednak wiąże się inna sprawa, o której za chwilę.
„Amerykańscy bogowie” to powieść dosyć długa, gdyż ma około 450 stron. Mimo to nie nuży, a krótkie wstawki opisujące historie pojedynczych ludzi, w różny sposób powiązanych z Ameryką urozmaicają fabułę. Ta książka jest jednak zbyt złożona i ciekawa, by czytać ją jednym tchem i przeskakiwać kolejne strony jak w biegu z przeszkodami. Dawno nie spotkałam głównego bohatera, którego przemyślenia byłyby równie nieszablonowe jak w przypadku Cienia. Niezapomniany cytat „W domu pachniało pleśnią i wilgocią, a także lekką słodyczą, jakby nawiedzały go duchy dawno zmarłych ciastek”. Jego sposób obserwowania otoczenia i styl bycia, wreszcie pozwalają przyjrzeć się Ameryce z zupełnie innego punktu widzenia. Nie trzeba wysłuchiwać problemów egzystencjonalnych zakochanych nastolatek, czy mierzyć się z cudami amerykańskiej produkcji rodem z Hollywood, gdzie od początku wiesz, jak wszystko się potoczy. W dodatku wszędzie są bogowie, bożki, duchy i inne formy uosobionej wiary. Każdy z nich ma swoją osobowość i historię, swoje pragnienia i bolączki. Mimo wielu wieków na karkach mają swoje poczucie sprawiedliwości i odpowiednio zmotywowani nie dadzą się bez walki zepchnąć do lamusa nowym symbolom współczesnego świata.
Jak już wspominałam Neil Gaiman Amerykaninem nie jest i w podziękowaniach zawartych w książce można się dowiedzieć, jak wiele pracy wymagało od niego stworzenie realistycznego obrazu Stanów. Wystarczy wspomnieć, że przecież istnieje wiele rozbieżności między angielskim brytyjskim a amerykańskim, na które musiał bacznie zwracać uwagę. Niestety, jako że czytałam książkę po polsku, cały wysiłek autora w tym zakresie mnie ominął.  Jest jednak cała masa innych dziedzin, które musiał zgłębić. Od historii Ameryki i Europy, mitologii najrozmaitszych kultur po zagwozdki medyczne i dziwne dane administracyjne małych miasteczek.
By dodać wisienkę na torcie stwierdzam, że ten tytuł może się spodobać nie tylko fanom fantastyki, choć oczywiście to do nich najbardziej trafi treść książki. Ponieważ nie przepadam za wiśniami, osobiście się przyznam, że trudno mi było napisać tę recenzję. „Amerykańscy bogowie” są bardzo znaczącą pozycją i dosyć złożoną, więc nie wiedziałam na czym się skupić. Najlepiej samemu ją przeczytać, by poznać odpowiedź na pytanie, co się może zdarzyć, gdy zabijemy boga?


Ethlinn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz