Odyn, najpotężniejszy z Asów,
naczelne skandynawskie bóstwo. By napić się ze studni wiedzy i posiąść mądrość
poświęcił własne oko, ojciec wszechrzeczy, poeta, wędrowiec, a także bóg powieszonych.
Nie trzeba wcale być znawcą mitologii, by napotykać jego imię w życiu
codziennym. W językach o germańskim pochodzeniu, nazwa trzeciego dnia tygodnia
pochodzi właśnie od imienia jego boskiej mości. Co jednak tak stare bóstwo jak
Odyn miałoby robić w Ameryce? W krainie
postępu i nowoczesnej cywilizacji - powoli wyrzekającej się tradycji i łamiącej
wszelkie kanony. Jego ojczyzną są przecież północne ziemie Europy, skaliste fiordy
i ciemne odmęty mórz pełnych łososi i śledzi. Okazuje się, że ludzkości oprócz
ospy i grypy udało się przywlec do Nowego Świata o wiele więcej.
Nie nazwę siebie zapaloną fanką
lub znawczynią twórczości Neila Gaimana, ale mogę powiedzieć, że wszystkie jego
książki, które wpadły w mi w ręce miały w sobie to coś. Były w pewien sposób
oryginalne i prezentowały nową wizję fantastyki. Z drugiej strony operuje on
dosyć znanymi tematami, choć przedstawionymi w innym świetle. Czy była to
opowieść o wychowanku z cmentarza, o ludziach z guzikami zamiast oczu czy
wreszcie zbiór pełen magicznych opowiadań zawsze wiedziałam, że sięgam po coś
ciekawego. Jak się okazało tkwiłam w przedsionku możliwości, które zaoferował
nam angielski pisarz. Ano właśnie rodowity Brytyjczyk, a nie dziedzic
amerykańskiego snu. Z tym jednak wiąże się inna sprawa, o której za chwilę.
„Amerykańscy bogowie” to powieść
dosyć długa, gdyż ma około 450 stron. Mimo to nie nuży, a krótkie wstawki
opisujące historie pojedynczych ludzi, w różny sposób powiązanych z Ameryką
urozmaicają fabułę. Ta książka jest jednak zbyt złożona i ciekawa, by czytać ją
jednym tchem i przeskakiwać kolejne strony jak w biegu z przeszkodami. Dawno
nie spotkałam głównego bohatera, którego przemyślenia byłyby równie
nieszablonowe jak w przypadku Cienia. Niezapomniany cytat „W domu pachniało
pleśnią i wilgocią, a także lekką słodyczą, jakby nawiedzały go duchy dawno
zmarłych ciastek”. Jego sposób obserwowania otoczenia i styl bycia, wreszcie pozwalają
przyjrzeć się Ameryce z zupełnie innego punktu widzenia. Nie trzeba wysłuchiwać
problemów egzystencjonalnych zakochanych nastolatek, czy mierzyć się z cudami
amerykańskiej produkcji rodem z Hollywood, gdzie od początku wiesz, jak wszystko
się potoczy. W dodatku wszędzie są bogowie, bożki, duchy i inne formy uosobionej
wiary. Każdy z nich ma swoją osobowość i historię, swoje pragnienia i bolączki.
Mimo wielu wieków na karkach mają swoje poczucie sprawiedliwości i odpowiednio
zmotywowani nie dadzą się bez walki zepchnąć do lamusa nowym symbolom
współczesnego świata.
Jak już wspominałam Neil Gaiman
Amerykaninem nie jest i w podziękowaniach zawartych w książce można się
dowiedzieć, jak wiele pracy wymagało od niego stworzenie realistycznego obrazu
Stanów. Wystarczy wspomnieć, że przecież istnieje wiele rozbieżności między
angielskim brytyjskim a amerykańskim, na które musiał bacznie zwracać uwagę.
Niestety, jako że czytałam książkę po polsku, cały wysiłek autora w tym zakresie
mnie ominął. Jest jednak cała masa
innych dziedzin, które musiał zgłębić. Od historii Ameryki i Europy, mitologii
najrozmaitszych kultur po zagwozdki medyczne i dziwne dane administracyjne
małych miasteczek.
By dodać wisienkę na torcie
stwierdzam, że ten tytuł może się spodobać nie tylko fanom fantastyki, choć
oczywiście to do nich najbardziej trafi treść książki. Ponieważ nie przepadam
za wiśniami, osobiście się przyznam, że trudno mi było napisać tę recenzję. „Amerykańscy
bogowie” są bardzo znaczącą pozycją i dosyć złożoną, więc nie wiedziałam na
czym się skupić. Najlepiej samemu ją przeczytać, by poznać odpowiedź na pytanie,
co się może zdarzyć, gdy zabijemy boga?
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz