piątek, 4 września 2015

„Kwiaty wojny” – pieśń o tym, co rozkwitło w Nankin podczas bardzo długiej zimy


                Ciągnąc temat Azji, chciałabym przytoczyć niezwykłą historię, którą pokazała mi ostatnio siostra, miłośniczka kultury Dalekiego Wschodu. To jednak zupełnie inny temat, inne czasy, choć ludzie wciąż ci sami. Co najważniejsze nie trzeba być wielbicielem tradycji Państwa Środka, by zrozumieć ten film. Ciekawi mnie tylko, czemu tak wiele pięknych historii ma zakorzeniony w sobie głęboki smutek.
                Mamy zimę na przełomie lat 1937-38, Nankin ówczesna stolica Chin, po długim ostrzale artyleryjskim właśnie została zdobyta przez wojska japońskie. Żołnierze broniący miasta nie mieli szans w starciu z dużo lepiej uzbrojonymi oddziałami generała Iwane Matsui. Na ulicach grupy pozbawionych wszelkich skrupułów japońskich żołnierzy rozpętują piekło, które później otrzyma nazwę „Masakry nankińskiej”. Wśród gwałtu i wszechobecnej śmierci, jedyną ostoją wydaje się być chrześcijański kościół.  Stanowi on schronienie dla grupy klasztornych wychowanic, do których dołącza John Miller - grabarz oraz kilkanaście prostytutek szukających za tamtejszymi murami bezpiecznego azylu. Jednak nawet to miejsce nie zdoła ich ochronić przed Japończykami.
                Z początku nieco sceptycznie podchodziłam do „kolejnej” wojennej historii, w której okrucieństwo miesza się z heroizmem. Muszę jednak przyznać, że Yimou Zhang sprawił iż ta opowieść przenika do głębi swym pięknem, choć okupione jest ono łzami i krwią. Mamy grupę ludzi, którzy w panującym dookoła chaosie robią wszystko by przetrwać, często z niechęcią odnosząc się do towarzyszy niedoli. Czy to zainteresowany jedynie pieniędzmi John, czy uczennice traktujące z pogardą grupę prostytutek, strojących żarty i dąsających się na siebie, jakby wciąż były w swoim burdelu. Gdy jednak pojawia się chwila tak trudna, że nie potrafię sobie wyobrazić, co zrobiła bym na ich miejscu, oni podejmują heroiczną próbę by ocalić swoje człowieczeństwo. Wśród zbrukanego popiołami śniegu rozkwitają krwawe kwiaty.
                Najważniejszym punktem filmu jest olbrzymia rozeta zdobiąca fasadę kościoła. Przez nią Shu, narratorka całej historii obserwuje przybycie Mo i jej towarzyszek.  Dziurawy witraż umożliwia chińskiemu snajperowi odciągnięcie uwagi od broniących się przed gwałtem dziewczynek. On też staje się głównym motywem  w pamięci Shu, gdy wspomina jak piękne potrafiły być kobiety z ulicy Czerwonych Latarnii.  Ich pieśń o rzece Qin Huai, jest niezwykłym momentem, który zamyka w sobie ulotne piękno tego filmu. Mogłabym tu wspomnieć o kreacjach aktorskich Christiana Bale’a i Ni Ni, ale stanowią oni tylko element dobrze zgranej całości.
Nie można mówić tutaj o szczęśliwym zakończeniu, bo trudno o takie w czasie wojny, a jednak finał filmu pozostawia nadzieję, choć jest ona mniej niż wątła. Wszystko opowiedziane jest w bardzo realistyczny i przejmujący sposób, ale bez zbędnej ckliwości. Nie ma tu wykreowanych póz, tylko to co naprawdę ludzkie, choć czasem trudno w to uwierzyć. Cóż film polecam, choć jest to pozycja poważniejsza i sprawiająca, że w pokoju zapada cisza. Najważniejsze jest jednak to, że ukazuje co naprawdę tkwi w ludziach.

Ethlinn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz