Ciągnąc
temat Azji, chciałabym przytoczyć niezwykłą historię, którą pokazała mi
ostatnio siostra, miłośniczka kultury Dalekiego Wschodu. To jednak zupełnie
inny temat, inne czasy, choć ludzie wciąż ci sami. Co najważniejsze nie trzeba
być wielbicielem tradycji Państwa Środka, by zrozumieć ten film. Ciekawi mnie
tylko, czemu tak wiele pięknych historii ma zakorzeniony w sobie głęboki
smutek.
Mamy
zimę na przełomie lat 1937-38, Nankin ówczesna stolica Chin, po długim ostrzale
artyleryjskim właśnie została zdobyta przez wojska japońskie. Żołnierze broniący
miasta nie mieli szans w starciu z dużo lepiej uzbrojonymi oddziałami generała
Iwane Matsui. Na ulicach grupy pozbawionych wszelkich skrupułów japońskich
żołnierzy rozpętują piekło, które później otrzyma nazwę „Masakry nankińskiej”.
Wśród gwałtu i wszechobecnej śmierci, jedyną ostoją wydaje się być
chrześcijański kościół. Stanowi on schronienie
dla grupy klasztornych wychowanic, do których dołącza John Miller - grabarz
oraz kilkanaście prostytutek szukających za tamtejszymi murami bezpiecznego
azylu. Jednak nawet to miejsce nie zdoła ich ochronić przed Japończykami.
Z
początku nieco sceptycznie podchodziłam do „kolejnej” wojennej historii, w
której okrucieństwo miesza się z heroizmem. Muszę jednak przyznać, że Yimou
Zhang sprawił iż ta opowieść przenika do głębi swym pięknem, choć okupione jest
ono łzami i krwią. Mamy grupę ludzi, którzy w panującym dookoła chaosie robią
wszystko by przetrwać, często z niechęcią odnosząc się do towarzyszy niedoli.
Czy to zainteresowany jedynie pieniędzmi John, czy uczennice traktujące z
pogardą grupę prostytutek, strojących żarty i dąsających się na siebie, jakby
wciąż były w swoim burdelu. Gdy jednak pojawia się chwila tak trudna, że nie
potrafię sobie wyobrazić, co zrobiła bym na ich miejscu, oni podejmują
heroiczną próbę by ocalić swoje człowieczeństwo. Wśród zbrukanego popiołami
śniegu rozkwitają krwawe kwiaty.
Najważniejszym
punktem filmu jest olbrzymia rozeta zdobiąca fasadę kościoła. Przez nią Shu,
narratorka całej historii obserwuje przybycie Mo i jej towarzyszek. Dziurawy witraż umożliwia chińskiemu
snajperowi odciągnięcie uwagi od broniących się przed gwałtem dziewczynek. On
też staje się głównym motywem w pamięci
Shu, gdy wspomina jak piękne potrafiły być kobiety z ulicy Czerwonych Latarnii.
Ich pieśń o rzece Qin Huai, jest
niezwykłym momentem, który zamyka w sobie ulotne piękno tego filmu. Mogłabym tu
wspomnieć o kreacjach aktorskich Christiana Bale’a i Ni Ni, ale stanowią oni tylko
element dobrze zgranej całości.
Nie można mówić tutaj o
szczęśliwym zakończeniu, bo trudno o takie w czasie wojny, a jednak finał filmu
pozostawia nadzieję, choć jest ona mniej niż wątła. Wszystko opowiedziane jest
w bardzo realistyczny i przejmujący sposób, ale bez zbędnej ckliwości. Nie ma
tu wykreowanych póz, tylko to co naprawdę ludzkie, choć czasem trudno w to
uwierzyć. Cóż film polecam, choć jest to pozycja poważniejsza i sprawiająca, że
w pokoju zapada cisza. Najważniejsze jest jednak to, że ukazuje co naprawdę
tkwi w ludziach.
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz