niedziela, 28 grudnia 2014

Grobowe „Ho ho ho”, krótko mówiąc „Wiedźmikołaj” w całej krasie.

        Święta święta i po świętach, ale miła lektura zawsze może przedłużyć czas bożonarodzeniowego uniesienia o kilka godzin. Zwłaszcza tak nietuzinkowa i wypełniona po brzegi magią, jak powieść Terry’go Pratchetta. Brytyjski mistrz raczy nas ucztą charakterystycznej dla siebie mieszanki groteski, gier słownych, absurdu i życiowych prawd w połączeniu z świąteczną atmosferą. Stół zastawiony, przystawki podane, czas na pierwsze danie. Chyba nie skłamię, jeśli stwierdzę, że książkę czytałam jakieś 2 lata temu mimo to zdaję się na swoją dobrą pamięć i postaram się nieco pobudzić wasz apetyt.
        W powietrzu unosi się żywiczny zapach choinki, słodka woń pierniczków i aromatyczna nutka sherry. Jednak wśród tej spokojnej zimowej nocy Strzeżenia Wiedźm dzieje się więcej niż na pozór widać. Pewne siły planują potworną zbrodnię, która sprawi, że setki dzieci o poranku nie znajdą w swych skarpetach ani śladu świątecznych prezentów. Aby dopełnić czarę wystarczy wspomnieć, że z tej samej przyczyny słońce już nigdy nie wzejdzie na niebie. Wiara to potężna moc, która źle wykorzystana może sprowadzić katastrofę. Aby ratować sytuację rolę Wiedźmikołaja przejmuje nikt inny, jak sama Śmierć. Cóż jeżeli prawie dwumetrowy szkielet w czerwonym stroju i worku na plecach, usiłujący się rubasznie śmiać nie poprawi wam nastroju to chyba czas na leki antydepresyjne. Nie można zaprzeczyć, że wręczanie prezentów to nie posada dla Ponurego Żniwiarza, dlatego jego wnuczka Susan chcąc nie chcąc musi odkręcić to wszystko. Taki wielki wyciek wiary to źródło masy problemów i im szybciej się go zatka tym lepiej.
        Żeby dodać pikanterii można wspomnieć, że na talerzu pojawia się oprócz Śmierci kilka innych ciekawych postaci, jak chociażby morderca na zlecenie, Wróżka Zębuszka, cała zgraja magów, bóg kaca i mój ukochany Pimpuś. Wszystko to wrzucone na dysk unoszący się w przestrzeni kosmicznej na grzbiecie czterech słoni, które z kolei stoją na grzbiecie wielkiego żółwia. Mało? Jako gratisowy deser dodam, że w 2006 roku ukazała się filmowa adaptacja książki o tym samym tytule. Jasne jak słońce, że nie była ona w stanie oddać całego smaczku jaki towarzyszy czytaniu, ale całkiem nieźle mnie rozbawiła. Zwłaszcza, że choć nie była to jakaś wielka produkcja, pełna znanych twarzy i efektów specjalnych to całkiem dobrze wypełniła swoje zadanie. Pokazała co miała pokazać, nie odbiegając wiele od fabuły i realiów z jej papierowego pierwowzoru.  
        Wznoszę więc toast za zdrowie Sir Pratchetta. Oby tworzył jak długo będzie mógł, bo warto od czasu do czasu sięgnąć po jego książki, by przekonać się jak wiele absurdu tkwi w nas samych. Zwłaszcza, że akcja jego powieści wciąga i wkręca się w mózg wszelkimi dostępnymi drogami. Jeżeli nie jesteście z tych twardo stąpających po ziemi to myślę, że to świetna pozycja na kilka (bądź jeden) grudniowy wieczór, która przeniesie was do krainy, gdzie rzeki z braku lepszego określenia „płyną”, a tak naprawdę wszystko jest możliwe i do bólu świąteczne. 

Ethlinn

piątek, 19 grudnia 2014

„Kolumbowie Rocznik 20” – Powstańców pamięci żałobny rapsod?

Trzy tomy, niezbyt grube, zadrukowane drobną czcionką. Data wydania 1969 rok. Podczas czytania powraca pytanie. Jak to możliwe, że w czasach komuny zezwolono na druk takiej historii? Niby sprawa dobrze nam znana: Warszawa podczas okupacji, powstanie i jego upadek, początki powojennej Polski. Każdy w szkole przecież omawiał „Kamienie na szaniec”. Pokolenie Kolumbów, nazwa która przewijała się koło mnie już tyle razy. Skusiła mnie jednak przelotna uwaga taty, że to jedna z jego ulubionych książek. Co jak co, ale on nie czyta byle czego, to znaczy nie jest to kolejna opowieść o poświęceniu i miłości w czasie wojny. Choć w końcu takie motywy też mnie przyciągają, niczym potężny elektromagnes. Teraz wiem, za co tak ceni ten tytuł. Za szczery i prawdziwy przekaz. Obraz ludzi, którym przyszło się zmierzyć ze światem.
Kolumbami nazwano pokolenie urodzonych koło roku 20-tego, to jest ludzi którzy wkraczając w wiek dorosły stanęli oko w oko z obliczem wojny. Wojny stanowiącej dla Polaków symbol walki i męczeństwa, za które nie doczekała się nagrody. Roman Bratny w niestandardowy sposób przedstawia rzeczywistość okupowanej Warszawy. Rzuca w nas kolejnymi scenami, które początkowo wydają się wybiórczo dobranym zarysem fabuły i jej głównych bohaterów. Jednak im dalej tym łatwiej znaleźć się wśród kolejnych pseudonimów, rzadko zastępowanych prawdziwymi imionami, mieszkań, spalonych adresów, wspomnień pomieszanych z teraźniejszą akcją. Wszystko zaczyna układać się w całość, bohaterowie nabierają barw. Autor nie bawi się w bezsensowne przedłużanie. Czasem snuje historię wokół jednego wydarzenia przez kilka stron, po czym raptownie wątek się urywa. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że tam zawarty był jej koniec, choć nadal mamiliśmy się nadzieją, oczekując szczęśliwego finału. Innym razem fakty wyrzucane są w nas, jak seria z karabinu maszynowego, nie ma miejsca na domysły.
Nie można ukrywać nie są to historie pretendujące do miana dramatu obyczajowego. Wszystko jednak jest niesamowicie realne. Raz na wozie raz pod wozem. Muszę sama przyznać, że największe wrażenie wywarła na mnie ostatnia część. Może dlatego, że w poprzednich tomach przeciwnik był jasno określony. Przecież trwała wojna, hitlerowcy byli u szczytu władzy, na ulicach łapanki, czujność na najwyższym poziomie zgodnie z zasadami konspiracji. Potem powstanie, walka, niespokojne noce, ostrzał i niepewność każdej następnej minuty. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek to przeżył. Tam chłopiec z poharatanymi od granatu rękoma dalej pełnił służbę. Dzisiaj eliminuje nas naciągnięte ścięgno. Ale najważniejszy jest koniec. Gdy Niemcy się poddają, wkraczają regulacje, postanowienia międzynarodowych traktatów, nowe władze i nowy porządek. Tak długo wyczekiwany pokój okazuje się czczą mrzonką. Walka nadal trwa, tyle że teraz nic już nie jest takie oczywiste. Chłopcy stracili swą niewinność, za przelaną krew nie czekają ich honory i otwarte ramiona. Czy to w kraju, czy na obczyźnie starają się żyć wedle wyuczonych reguł i choć Polak za Polakiem przeciwko obcym stanie murem, wszędzie wkrada się nieufność i rozgoryczenie. Bo ich pierwsze miłości zginęły płonąc od rozbitych butelek z benzyną, a nowe kobiety nie mają o tym pojęcia. Bo nawet ci popierający nową władzę są ciągle szpiegowani i nakłaniani do kolaboracji.
Nie będę zaprzeczać, lubuję się w pełnych patosu opowieściach o odwadze i patriotyzmie. Ta książka pokazała mi jednak, że za tym wszystkim kryje się też pojedynczy człowiek, który po wykonaniu zadania nadal musi żyć. Ktoś kto walczył w imię większej sprawy, potrafił być szlachetny aż do bólu nagle staje się zwykłym człowiekiem, którego życie zmusza do „kombinowania”. Na cóż świeczki poległym powstańcom skoro ich poświęcenie nie przyniosło spodziewanych efektów. Świat odwrócił się od nich. A ja nadal nie wiem, dlaczego cenzura przepuściła historię, w której Kolumbowie zamiast odkrywać nową Polskę, zostali pogrzebani wraz z gruzami zniszczonej Warszawy.

Ethlinn

czwartek, 11 grudnia 2014

"Słuchacze" Jamesa Edwina Gunna

        "Słuchacze" to książka, która pomimo tego, że powstała w latach 70., posiada w sobie to coś, co robi na mnie piorunujące wrażenie, stąd też postanowiłam się podzielić swoimi odczuciami.
        Na początku czuję głęboką potrzebę wspomnieć, że większość tworów artystycznych powstałych przed rokiem 2000 zazwyczaj odrzuca mnie na wstępie. Podobnie uprzedzona byłam również do tej książki, gdy otwierałam ją po raz pierwszy. Dodając do tego świadomość, że kwalifikuje się ją do nurtu science-fiction, byłam pewna, że będzie to stracone parę godzin. Jedynym powodem tego, że faktycznie się za nią zabrałam było to, że był to prezent. A potem coś się zmieniło...
        Pierwsze strony nie zapowiadały jeszcze tego, że książka ta może być tak interesującą odmianą, jaką się później okazała. Początek traktuje o problemach, z jakimi zmaga się dyrektor specyficznego ośrodka badawczego, który zajmuje się słuchaniem szumów kosmicznych, aby wychwycić jakąkolwiek próbę kontaktu istot z innych planet z naszą cywilizacją. Z uwagi na brak wyników, mówi się o zamknięciu projektu, który pochłania zbyt duże środki pieniężne. Do dnia, w którym wyniki się w końcu pojawiają.
        Bohaterowie odbierają szum, który po oczyszczeniu okazuje się zapisem pierwszych audycji radiowych nadawanych na Ziemi. Szczegółowa interpretacja przez komputer ukazuje, że w tym odbiciu zawarta jest również dodatkowa informacja od innej cywilizacji. Rozpoczynają się rozmowy, czy należy odpowiedzieć. A potem długie lata czekania, na kolejną wiadomość od cywilizacji oddalonej od nas o kilkadziesiąt lat świetlnych.
        I właśnie ten moment rzucił na mnie swoisty czar. Te kilkanaście stron, opisujące, jak życie zmieniło się i zwolniło w oczekiwaniu na wiadomość, która miała nadejść z nieba. Świat, który całkowicie się zjednoczył, zadbał o równy poziom życia dla każdego człowieka, wyhamował z pędu, który można obecnie zaobserwować i stworzył utopię. Tylko dlatego, że wiedział, że przez ponad sto lat będzie oczekiwał na wiadomość od kogoś, kto w momencie odebrania przez nas ich powrotnej wiadomości może już nie istnieć...
        Trudno jest mi napisać coś o tej książce pod względem formy. Są momenty, kiedy wyraźnie odczuwa się, że oryginał powstał we wczesnych latach 70., a tłumaczenie prawie piętnaście lat później. Jednak przedstawiona tam utopia wciągnęła mnie na tyle głęboko, bym przestała bardzo szybko zauważać tego typu mankamenty.
        Komu mogę polecić tą książkę? Na pewno fanom starszego science-fiction. Ale sądzę, że również każdemu, kto jest zmęczony tempem współczesnego życia i potrzebuje kilku godzin odpoczynku od niego. A także trochę nadziei, że jest szansa, iż kiedyś ten świat jednak trochę wyhamuje, a nie już na zawsze będzie biegł z każdym dniem coraz szybciej.
Z pozdrowieniami
Rosalie

czwartek, 4 grudnia 2014

Potępieni przez własne serca. "Only lovers left alive"

        
        Nie zamierzam poddawać własnego sumienia autodestrukcji i nazywać ten tytuł filmem o wampirach. To opowieść setki lat świetlnych oddalona od historii, z którymi spotykałam się do tej pory. Film rzeczywiście opowiada o istotach długowiecznych, które dnie przesypiają w swych kryjówkach, a nocą ożywają by oddawać się wyrafinowanym uciechom. Błędem byłoby jednak kojarzenie ich ze wzorem jaki ustanowił Bram Stoker, czy jego kolejni naśladowcy.
        Moim zdaniem streścić fabułę filmu, mówiąc że opowiada historię pary kochanków to jak powiedzieć, że Romeo i Julia byli sobie bliscy. Główni bohaterowie obdarzeni imionami protoplastów ludzkiego plemienia, są wykwintnymi koneserami życia o wielowiekowym stażu.  Wampiry Jima Jarmusha piją krew z małych kieliszków, ubrani w osiemnastowieczne podomki, otoczeni stosami książek. A wszystko w rytm psychodelicznej muzyki Jozefa van Wissema, którą Adam jako jej filmowy kompozytor nazywa pogrzebową.
        Adam (Tom Hiddleston) to skrzyżowanie Hamleta i dzisiejszego undergroundowego muzyka. Zamknięty w swoim domu w Detroit, nagrywa melancholijne kawałki i roztrząsa upadek dzisiejszego społeczeństwa. Zombie, czyli my ludzie, to w jego mniemaniu skarlały naród, który ucieka przed własnym potencjałem, zatracając wszystko co do tej pory udało mu się osiągnąć. Eva (Tilda Swinton) przybywa do Stanów z odległego Maroko, by ponownie złączyć się ze swym ukochanym. Miłośniczka literatury, stanowi kontrast dla Adama. On skryty w ciemnym domu, ona przechadzająca się wśród jasnych murów Tangeru. Przypomina mu, że świat nadal pełen jest nieznanych doznań. Razem przemierzają opustoszałe przedmieścia Detroit, dzieląc się wspomnieniami z przeszłości. Każdy moment przemieniają w pełne egzaltacji upojenie. Nawet wulgarne „fuck” w ich ustach brzmi jak fragment dzieł Szekspira.
        W filmie wszystkie sceny dzieją się w nocy, rozjaśnione bladym światłem lamp. Czy to wśród porzuconych fabryk Detroit, mieszkaniu Adama, czy w cichych uliczkach Tangeru, zawsze panuje tam półmrok. Wywołuje to niesamowity nastrój, jakby wszystko co widzimy działo się w innym, odrealnionym świecie. Wraz z pobrzmiewającą w tle muzyką i pełnymi pietyzmu gestami bohaterów, powoli zapada się trans, który trwa nadal po zakończeniu filmu. Nawet głośne zachowanie Avy, młodszej siostry Evy, tak gwałtowne i pozbawione charakterystycznej dla filmu celebracji, nie wyzwala spod czaru, jaki już rzucono.
        Wedle mojego uznania „Tylko kochankowie przeżyją” to pozycja bardzo znacząca. Nie jest nastawiona wyłącznie na pokazanie widzowi, tego co chciałby ujrzeć. Kolejnych znanych aktorów, wrzuconych w wir akcji, równie przewidywalnej jak kac po zakrapianej imprezie. To właśnie jest skażenie, którym tak gardzi Adam. Nic nowego, odkrywczego, wykraczającego poza przyjęte ramy, zawsze biegnące utartym schematem. Tutaj para kochanków, stara się nadal smakować życie poprzez sztukę, muzykę i obserwowanie przyrody. Dla niektórych może być to nuda, która już po kilku chwilach przyprawi o senność. Jeżeli jednak są osoby pragnące na chwilę się wyciszyć i podążyć ścieżkami Adama i Evy, którzy wciąż na nowo odkrywają cuda wszechświata to gorąco polecam ten film. 
Ethlinn   




czwartek, 27 listopada 2014

M. G. Scarsbrook "Pamiętniki Lukrecji Borgii" - czyli niewinność przywrócona

       „Powieść historyczna”, taki znak ostrzegawczy widnieje na okładce jakby miał odstraszać tych z czytelników, dla których wieki przeszłe to głównie kolumny dat i  przedłużające się wywody. Na mnie jako osobie, zafascynowanej dawnymi dziejami, to ostrzeżenie nie zrobiło wrażenia, a wręcz wzbudziło ambicję by zmierzyć się z zawartością książki.
      W dodatku odpowiada ona historię nie byle kogo, lecz słynnej Lukrecji Borgii. Córki papieża Aleksandra VI, siostry Cesara Borgii  - człowieka, który stał się inspiracją dla Machiavellego, gdy pisał „Księcia”. Można powiedzieć, że upływający czas nie okazał się łaskawy dla jej osoby. Stała się uosobieniem zepsucia, próżności i rozwiązłości, jaka panowała w jej czasach. Przypisywano jej trucicielstwo, a  nawet kazirodcze związki z jej bratem i ojcem. Dzisiaj sądzi się, że część tych historii jest mocno przesadzona i miała służyć tylko oczernieniu imienia Borgiów. Zdaje się, że autor również powziął sobie za cel przywrócić Lukrecji jej dobre imię. Tu jednak należy ostrzec wszystkich, którzy od powieści historycznych oczekują, że trzymając się źródeł przedstawiają one opowieść opartą na faktach.
        Otóż książka Scarsbrooka z pewnością do takich nie należy. Większość to fikcja stworzona na potrzeby powieści. Autor w mało wybredny sposób wycina wydarzenia, pasujące do wymyślonego przez niego schematu i wkleja je do opowieści. Lukrecja jawi się jako łagodna, niewinna choć nie pozbawiona intelektu dziewczyna, dla której najcenniejsi są bliscy. Skrytobójstwa, intrygi, trucizny nie istniały w jej świecie dopóki, jak sugestywnie można powiedzieć nie wyskoczyły i nie kopnęły jej w tyłek. Okazuje się, że wrogiem, który burzy jej szczęście jest właśnie jej najbliższa rodzina.
        Trudno powiedzieć, by była to ambitna powieść, jej język jest raczej prosty, a czasem wręcz razi tanią ckliwością. Być może jest to kwestia tłumaczenia. Jednak czyta się ją zaskakująco dobrze, szybko i bez zmęczenia. Mimo wszystkich jej wad, byłam ciekawa zakończenia i pochłaniałam strona za stroną. Myślę, że to pozycja dla osób, które nie wymagają wiele, a chcą sięgnąć po historię z czasów, gdy każda kolacja na papieskim dworze mogła być twoją ostatnią. Choć spotkałam się z wieloma nieprzychylnymi opiniami, nie powiem bym czuła jakiś niesmak po jej przeczytaniu. Zwyczajnie, należy się tu oprzeć na zasadzie „co kto lubi” i nie przejmować się innymi. 
Ethlinn

czwartek, 20 listopada 2014

Kukurydza, czarna dziura i hipersześcian. Czyli krótka opinia laika o „Interstellar” w reżyserii Christophera Nolana.

        Nie będę pisała tu całego streszczenia filmu, czy długiego wprowadzenia, bo nie widzę w tym sensu, choć kilka słów wstępu by się przydało.
        Zacznijmy może od tego, że rzecz rozpoczyna się na Ziemi. Naszej kochanej Matce Ziemi, która choć żywiła nas przez lata teraz postanowiła, że dość tej sielanki. Sprowadzając do absolutnego minimum (co by za dużo z fabuły nie zdradzać): wysyłamy ekipę bardziej bądź mniej doświadczonych ludzi w kosmos i poniekąd modlimy się o cud – znalezienie planety zdatnej do zamieszkania, ratunek dla naszego gatunku. Gdyż wszelkie próby ratowania naszej zielonej planety spełzły na niczym i to jedyne co nam pozostało. Choć oczywiście nikt nie mówi tego otwarcie.
        Już po tych kilku zdaniach widać, że w jednym filmie poruszymy wiele wątków i tematów. Zaczynając od apokalipsy, przechodząc przez podróże kosmiczne i fizykę kwantową, aż po kolonizację innych planet.
        Daje to szerokie pole do popisu, ale też jest dość ryzykowne, bo bardzo łatwo coś przeoczyć czy pominąć. Choć muszę z przyjemnością zauważyć, że szeroko pojmowani autorzy raczej się tutaj nie gubią. Przez większą część trzech godzin widz przenoszony jest pomiędzy dwoma płaszczyznami: wydarzeniami na Ziemi, dotyczącymi głównie profesora Brand’a (Michael Caine) i Murph (Jessica Chastain), córki naszego głównego bohatera, a kosmosem po którym podróżują Cooper (Matthew McConaughey), doktor Brand (Anne Hathaway) – będąca córką profesora, Doyle (Wes Bentley) i Romilly (David Gyasi). Takie rozwiązanie pozwala nam dojrzeć jednocześnie zmagania naszej ekipy ratunkowej, jak i obserwować powolne umieranie ludzkości. A dzięki temu zrozumieć jak ważną misję stanowiła podróż.
        Z ukłuciem w sercu stwierdzam, że mimo wartko rozwijającej się akcji i ciekawie przedstawionej fabuły, a także zagadnień z pogranicza nauki i fikcji film miejscami najzwyczajniej w świecie się ciągnie, a widz ma ochotę zobaczyć już finał. Jest to spowodowane narastającym pod koniec napięciem i kilkukrotnym sugerowaniem końca, który jednak nie nadchodzi. Mimo wszystko jest to bardzo niewielka ujma, która może jednak nieco zirytować co bardziej podatnego widza.
        Dość kontrowersyjnego zakończenia pozwolę sobie wielce nie komentować. Pozostawiam je do oceny, każdemu kto zdecyduje się film obejrzeć, do czego zachęcam.
        Nim zakończę i ostatecznie wyrażę opinię o filmie jako całości, nie mogę pozostawić bez wzmianki cudownej, idealnie dopasowanej muzyki, której autorem jest Hans Zimmer. Wspaniałych obrazów uwiecznionych na ekranie przez Hoyte Van Hoytema oraz gry aktorskiej. W kilku zdaniach zatem. Muzyka odgrywa w tym filmie ogromną rolę i odbiór tego filmu nie byłby taki sam gdyby nie ona. Hans Zimmer po raz kolejny udowodnił, że film bez muzyki potrafi być niczym ogień bez ciepła. Dodaje mu ona wiele głębi i ułatwia odbiór, a także przeżywanie emocji. Jeśli zaś idzie o zdjęcia, obrazy przedstawione w tej produkcji są piękne i urzekające. Pozwalają zapomnieć o rzeczywistości i po prostu zatracić się w akcji, zapomnieć o realnym świecie. Na najwyższą pochwałę zasługuje gra aktorska Matthew McConaughey’ego, który wcielił się w postać głównego bohatera. Idąc do kina obawiałam się nieco tego, że postacie mogą być niezbyt realne, ale Matthew, którego osobiście bardzo cenię, spisał się tutaj doskonale i pokazał nam człowieka z krwi i kości, a nie jedynie postać wykreowaną w scenariuszu. To samo tyczy się Michaela Caine’a, który jest klasą samą w sobie. Aktor dał iście wirtuozowski popis choć film nie traktował tylko o emocjach.
        Podsumowując. Mimo zasłyszanych i przeczytanych wielu niezbyt przychylnych opinii, uważam, że film jest bardzo dobry. Niedociągnięcia na polu naukowym potrafią nieco uprzykrzyć oglądanie, ale tylko wtedy gdy człowiek próbuje rozmyślać na ten temat. A i to bardziej po filmie niż podczas seansu, bowiem w trakcie jego trwania człowiek zostaje porwany przez wydarzenia i wypuszczony z ich uścisku dopiero przy napisach końcowych. Polecam go wszystkim, których interesuje kosmos, przyszłość czy też nowe technologie, a także po prostu miłośników Sci-Fi.

Surreal

wtorek, 11 listopada 2014

"Autobiografia Kuby Rozpruwacza" James Carnac

        Z uwagi na mijającą w ostatnią niedzielę 126. rocznicę śmierci Mary Jane Kelly, a także temat mojej pracy licencjackiej, postanowiłam podzielić się z Wami, drodzy czytelnicy, książką, której autor podaje się za jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców.
        O autorze maszynopisu, z którego głównie składa się opisywana przeze mnie książka, nie wiemy nic, poza informacjami, które zamieścił on w swojej książce. Badacze nie są w posiadaniu również żadnych danych, które mogłyby potwierdzić istnienie osoby zwanej Jamesem Carnaciem, ani nie udało się zidentyfikować go pod żadnym innym imieniem, na podstawie faktów z jego życia opisanych w książce.
        Poza autorem maszynopisu, swoje kilka słów do książki dodały też trzy inne osoby: Alan Hicken, który wydany tekst odkrył w spuściźnie po Sydneyu George'u Hulme-Beamanie i opisał, jak ten tekst trafił w jego ręce; sam Sydney George Hulme-Beaman, który napisał kilka słów wstępu do spowiedzi mordercy; a także Paul Begg - historyk kryminalogii i jeden z najbardziej znanych badaczy morderstw Kuby Rozpruwacza.
        "Autobiografia..." składa się z trzech części. Pierwsza opisuje życie Jamesa Carnaca przed rokiem 1888, kiedy to spędza swoje życie jak większość jego rówieśników, ucząc się i organizując sobie rozrywki. Część druga opisuje zdarzenia roku 1888. Zaczyna się na kilka miesięcy przed pierwszym morderstwem, a kończy dnia 10 listopada, kiedy to James Carnac traci w wyniku wypadku nogę, co powoduje, że nie może już dalej zabijać. Trzecia część natomiast opowiada zdarzenia, które miały miejsce już w czasie spisywania tych wspomnień. Poza tekstem maszynopisu, w książce znajdują się również informacje, jak maszynopis trafił w ręce kolejnych osób, a także naukowe podsumowania całości i ocenienie jego autentyczności przez Paula Begga.
        Książka jest ciekawym spojrzeniem na umysł mordercy, który w 1888 roku zamordował sześć kobiet, po czym zniknął, aby do chwili obecnej stanowić zagadkę nie do rozwikłania. Pokazuje sensowną odpowiedź na pytanie, co skłoniło go do morderstw, a także, co spowodowało, że morderstwa się skończyły. Brak podstaw do identyfikacji autora uniemożliwia jednak stwierdzenie, czy faktycznie mógł być to morderca z Whitechapel, czy jest to jedynie jedno z wielu zagrań, których chwytali się autorzy przez wieki, aby zdobyć większą popularność.
        Osobny akapit postanowiłam poświęcić na analizę Paula Begga, która jest bardzo wnikliwa, ale to nie jej dokładność jest powodem, że zasłużyła na kilka osobnych słów z mojej strony. Powodem tym jest jeden akapit, który kończy wstęp do analizy tekstu, w którym to autor wyraża opinię, z którą definitywnie nie jestem w stanie się zgodzić. Twierdzi on, że James Carnac nie jest osobą, którą da się polubić. Jako potwierdzenie powyższej tezy podaje on argumenty, takie jak cynizm czy zjadliwe poczucie humoru, które według mnie nie są wystarczającym powodem, bym powiedziała, że nie da się polubić człowieka posiadającego takie cechy. Przytoczony przez niego cytat, mający potwierdzić to twierdzenie, będący jednocześnie dedykacją książki:
"Z podziwem i szacunkiem dla emerytowanych funkcjonariuszy londyńskiej policji metropolitalnej, pomimo wysiłków i kompetencji których wciąż żyję, by móc napisać tę książkę."
faktycznie można  odczytać jako objaw ironicznego i dość czarnego poczucia humoru, ale jest on jednak podszyty pewnym, głęboko ukrywanym jednak, szacunkiem.
        Ostatecznie książkę tę polecam tym, których historia morderstw Kuby Rozpruwacza fascynuje do dnia obecnego, a także tym, którzy zainteresowani są spojrzeniem do wnętrza umysłu mordercy. 
        Z pozdrowieniami
Rosalie

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wieść pradawna niesie

        Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami wśród ludów nadbałtyckich w potach i wielkich trudach ukuto termin wiedźma. Początkowo zaszczytne to miano, określało jedynie białogłowy obdarzone niezwykłą wiedzą i mądrością. Jednakże, w czasach nieco późniejszych, chlubny ten tytuł przeobraził się w obelgę. A nawet oznaczał iż wiedząca podejrzewana była o konszachty, bratanie się i bliskie, czasem zbyt bliskie, kontakty z diabłem, w najróżniejszych postaciach (które z niewiadomych i do tej pory przez naukowców nie wyjaśnionych powodów objawiać się miało, całowaniem wyżej wspomnianego biesa w piekielne i szacowne cztery litery).
        W związku z następującym po wiekach ciemności oświeceniem ludu (często dosłownym i przenośnym) niewiasty określane tym mianem dokonywały swych żywotów w najróżniejszych miejscach, choć najbardziej spektakularne śmierci wiązały się z przejmującym uczuciem gorąca. 
Gdy stosy wygasły wiedźmy i czarownice przeszły z realnego bytu w postacie z baśni i bajek dziecięcych, opowiadanych do poduszki.
        W XX i XXI wieku zostały powtórnie ożywione na wielkich i małych ekranach, najczęściej pojawiając się ze swymi nowymi atrybutami: miotłą, szpiczastym kapeluszem i nierzadko wydrążoną dynią, czy zieloną cerą.
        Często nabierały też prześmiewczego charakteru latając na odkurzaczach czy prowadząc sklepik z ziołami i próbując leczyć problemy z potencją.
        W naszym przypadku podążanie za naszymi poprzedniczkami objawia się spotkaniami do późnej nocy w towarzystwie kota, gromady poduszek, a czasem nawet świeczek.

Artemora, Ethlinn, Rosalie & Surreal