Nie zamierzam poddawać własnego
sumienia autodestrukcji i nazywać ten tytuł filmem o wampirach. To opowieść setki lat świetlnych oddalona od historii, z którymi spotykałam się do tej
pory. Film rzeczywiście opowiada o istotach długowiecznych, które dnie
przesypiają w swych kryjówkach, a nocą ożywają by oddawać się wyrafinowanym
uciechom. Błędem byłoby jednak kojarzenie ich ze wzorem jaki ustanowił Bram
Stoker, czy jego kolejni naśladowcy.
Moim zdaniem streścić fabułę filmu, mówiąc że opowiada historię pary kochanków to jak powiedzieć, że Romeo i Julia byli sobie bliscy. Główni bohaterowie obdarzeni imionami protoplastów ludzkiego plemienia, są wykwintnymi koneserami życia o wielowiekowym stażu. Wampiry Jima Jarmusha piją krew z małych kieliszków, ubrani w osiemnastowieczne podomki, otoczeni stosami książek. A wszystko w rytm psychodelicznej muzyki Jozefa van Wissema, którą Adam jako jej filmowy kompozytor nazywa pogrzebową.
Adam (Tom Hiddleston) to skrzyżowanie Hamleta i dzisiejszego undergroundowego muzyka. Zamknięty w swoim domu w Detroit, nagrywa melancholijne kawałki i roztrząsa upadek dzisiejszego społeczeństwa. Zombie, czyli my ludzie, to w jego mniemaniu skarlały naród, który ucieka przed własnym potencjałem, zatracając wszystko co do tej pory udało mu się osiągnąć. Eva (Tilda Swinton) przybywa do Stanów z odległego Maroko, by ponownie złączyć się ze swym ukochanym. Miłośniczka literatury, stanowi kontrast dla Adama. On skryty w ciemnym domu, ona przechadzająca się wśród jasnych murów Tangeru. Przypomina mu, że świat nadal pełen jest nieznanych doznań. Razem przemierzają opustoszałe przedmieścia Detroit, dzieląc się wspomnieniami z przeszłości. Każdy moment przemieniają w pełne egzaltacji upojenie. Nawet wulgarne „fuck” w ich ustach brzmi jak fragment dzieł Szekspira.
W filmie wszystkie sceny dzieją się w nocy, rozjaśnione bladym światłem lamp. Czy to wśród porzuconych fabryk Detroit, mieszkaniu Adama, czy w cichych uliczkach Tangeru, zawsze panuje tam półmrok. Wywołuje to niesamowity nastrój, jakby wszystko co widzimy działo się w innym, odrealnionym świecie. Wraz z pobrzmiewającą w tle muzyką i pełnymi pietyzmu gestami bohaterów, powoli zapada się trans, który trwa nadal po zakończeniu filmu. Nawet głośne zachowanie Avy, młodszej siostry Evy, tak gwałtowne i pozbawione charakterystycznej dla filmu celebracji, nie wyzwala spod czaru, jaki już rzucono.
Wedle mojego uznania „Tylko kochankowie przeżyją” to pozycja bardzo znacząca. Nie jest nastawiona wyłącznie na pokazanie widzowi, tego co chciałby ujrzeć. Kolejnych znanych aktorów, wrzuconych w wir akcji, równie przewidywalnej jak kac po zakrapianej imprezie. To właśnie jest skażenie, którym tak gardzi Adam. Nic nowego, odkrywczego, wykraczającego poza przyjęte ramy, zawsze biegnące utartym schematem. Tutaj para kochanków, stara się nadal smakować życie poprzez sztukę, muzykę i obserwowanie przyrody. Dla niektórych może być to nuda, która już po kilku chwilach przyprawi o senność. Jeżeli jednak są osoby pragnące na chwilę się wyciszyć i podążyć ścieżkami Adama i Evy, którzy wciąż na nowo odkrywają cuda wszechświata to gorąco polecam ten film.
Moim zdaniem streścić fabułę filmu, mówiąc że opowiada historię pary kochanków to jak powiedzieć, że Romeo i Julia byli sobie bliscy. Główni bohaterowie obdarzeni imionami protoplastów ludzkiego plemienia, są wykwintnymi koneserami życia o wielowiekowym stażu. Wampiry Jima Jarmusha piją krew z małych kieliszków, ubrani w osiemnastowieczne podomki, otoczeni stosami książek. A wszystko w rytm psychodelicznej muzyki Jozefa van Wissema, którą Adam jako jej filmowy kompozytor nazywa pogrzebową.
Adam (Tom Hiddleston) to skrzyżowanie Hamleta i dzisiejszego undergroundowego muzyka. Zamknięty w swoim domu w Detroit, nagrywa melancholijne kawałki i roztrząsa upadek dzisiejszego społeczeństwa. Zombie, czyli my ludzie, to w jego mniemaniu skarlały naród, który ucieka przed własnym potencjałem, zatracając wszystko co do tej pory udało mu się osiągnąć. Eva (Tilda Swinton) przybywa do Stanów z odległego Maroko, by ponownie złączyć się ze swym ukochanym. Miłośniczka literatury, stanowi kontrast dla Adama. On skryty w ciemnym domu, ona przechadzająca się wśród jasnych murów Tangeru. Przypomina mu, że świat nadal pełen jest nieznanych doznań. Razem przemierzają opustoszałe przedmieścia Detroit, dzieląc się wspomnieniami z przeszłości. Każdy moment przemieniają w pełne egzaltacji upojenie. Nawet wulgarne „fuck” w ich ustach brzmi jak fragment dzieł Szekspira.
W filmie wszystkie sceny dzieją się w nocy, rozjaśnione bladym światłem lamp. Czy to wśród porzuconych fabryk Detroit, mieszkaniu Adama, czy w cichych uliczkach Tangeru, zawsze panuje tam półmrok. Wywołuje to niesamowity nastrój, jakby wszystko co widzimy działo się w innym, odrealnionym świecie. Wraz z pobrzmiewającą w tle muzyką i pełnymi pietyzmu gestami bohaterów, powoli zapada się trans, który trwa nadal po zakończeniu filmu. Nawet głośne zachowanie Avy, młodszej siostry Evy, tak gwałtowne i pozbawione charakterystycznej dla filmu celebracji, nie wyzwala spod czaru, jaki już rzucono.
Wedle mojego uznania „Tylko kochankowie przeżyją” to pozycja bardzo znacząca. Nie jest nastawiona wyłącznie na pokazanie widzowi, tego co chciałby ujrzeć. Kolejnych znanych aktorów, wrzuconych w wir akcji, równie przewidywalnej jak kac po zakrapianej imprezie. To właśnie jest skażenie, którym tak gardzi Adam. Nic nowego, odkrywczego, wykraczającego poza przyjęte ramy, zawsze biegnące utartym schematem. Tutaj para kochanków, stara się nadal smakować życie poprzez sztukę, muzykę i obserwowanie przyrody. Dla niektórych może być to nuda, która już po kilku chwilach przyprawi o senność. Jeżeli jednak są osoby pragnące na chwilę się wyciszyć i podążyć ścieżkami Adama i Evy, którzy wciąż na nowo odkrywają cuda wszechświata to gorąco polecam ten film.
Ethlinn
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz