Święta
święta i po świętach, ale miła lektura zawsze może przedłużyć czas
bożonarodzeniowego uniesienia o kilka godzin. Zwłaszcza tak nietuzinkowa i
wypełniona po brzegi magią, jak powieść Terry’go Pratchetta. Brytyjski mistrz
raczy nas ucztą charakterystycznej dla siebie mieszanki groteski, gier
słownych, absurdu i życiowych prawd w połączeniu z świąteczną atmosferą. Stół
zastawiony, przystawki podane, czas na pierwsze danie. Chyba nie skłamię, jeśli
stwierdzę, że książkę czytałam jakieś 2 lata temu mimo to zdaję się na swoją
dobrą pamięć i postaram się nieco pobudzić wasz apetyt.
W powietrzu unosi się żywiczny zapach choinki, słodka woń pierniczków i aromatyczna nutka sherry. Jednak wśród tej spokojnej zimowej nocy Strzeżenia Wiedźm dzieje się więcej niż na pozór widać. Pewne siły planują potworną zbrodnię, która sprawi, że setki dzieci o poranku nie znajdą w swych skarpetach ani śladu świątecznych prezentów. Aby dopełnić czarę wystarczy wspomnieć, że z tej samej przyczyny słońce już nigdy nie wzejdzie na niebie. Wiara to potężna moc, która źle wykorzystana może sprowadzić katastrofę. Aby ratować sytuację rolę Wiedźmikołaja przejmuje nikt inny, jak sama Śmierć. Cóż jeżeli prawie dwumetrowy szkielet w czerwonym stroju i worku na plecach, usiłujący się rubasznie śmiać nie poprawi wam nastroju to chyba czas na leki antydepresyjne. Nie można zaprzeczyć, że wręczanie prezentów to nie posada dla Ponurego Żniwiarza, dlatego jego wnuczka Susan chcąc nie chcąc musi odkręcić to wszystko. Taki wielki wyciek wiary to źródło masy problemów i im szybciej się go zatka tym lepiej.
Żeby dodać pikanterii można wspomnieć, że na talerzu pojawia się oprócz Śmierci kilka innych ciekawych postaci, jak chociażby morderca na zlecenie, Wróżka Zębuszka, cała zgraja magów, bóg kaca i mój ukochany Pimpuś. Wszystko to wrzucone na dysk unoszący się w przestrzeni kosmicznej na grzbiecie czterech słoni, które z kolei stoją na grzbiecie wielkiego żółwia. Mało? Jako gratisowy deser dodam, że w 2006 roku ukazała się filmowa adaptacja książki o tym samym tytule. Jasne jak słońce, że nie była ona w stanie oddać całego smaczku jaki towarzyszy czytaniu, ale całkiem nieźle mnie rozbawiła. Zwłaszcza, że choć nie była to jakaś wielka produkcja, pełna znanych twarzy i efektów specjalnych to całkiem dobrze wypełniła swoje zadanie. Pokazała co miała pokazać, nie odbiegając wiele od fabuły i realiów z jej papierowego pierwowzoru.
Wznoszę więc toast za zdrowie Sir Pratchetta. Oby tworzył jak długo będzie mógł, bo warto od czasu do czasu sięgnąć po jego książki, by przekonać się jak wiele absurdu tkwi w nas samych. Zwłaszcza, że akcja jego powieści wciąga i wkręca się w mózg wszelkimi dostępnymi drogami. Jeżeli nie jesteście z tych twardo stąpających po ziemi to myślę, że to świetna pozycja na kilka (bądź jeden) grudniowy wieczór, która przeniesie was do krainy, gdzie rzeki z braku lepszego określenia „płyną”, a tak naprawdę wszystko jest możliwe i do bólu świąteczne.
W powietrzu unosi się żywiczny zapach choinki, słodka woń pierniczków i aromatyczna nutka sherry. Jednak wśród tej spokojnej zimowej nocy Strzeżenia Wiedźm dzieje się więcej niż na pozór widać. Pewne siły planują potworną zbrodnię, która sprawi, że setki dzieci o poranku nie znajdą w swych skarpetach ani śladu świątecznych prezentów. Aby dopełnić czarę wystarczy wspomnieć, że z tej samej przyczyny słońce już nigdy nie wzejdzie na niebie. Wiara to potężna moc, która źle wykorzystana może sprowadzić katastrofę. Aby ratować sytuację rolę Wiedźmikołaja przejmuje nikt inny, jak sama Śmierć. Cóż jeżeli prawie dwumetrowy szkielet w czerwonym stroju i worku na plecach, usiłujący się rubasznie śmiać nie poprawi wam nastroju to chyba czas na leki antydepresyjne. Nie można zaprzeczyć, że wręczanie prezentów to nie posada dla Ponurego Żniwiarza, dlatego jego wnuczka Susan chcąc nie chcąc musi odkręcić to wszystko. Taki wielki wyciek wiary to źródło masy problemów i im szybciej się go zatka tym lepiej.
Żeby dodać pikanterii można wspomnieć, że na talerzu pojawia się oprócz Śmierci kilka innych ciekawych postaci, jak chociażby morderca na zlecenie, Wróżka Zębuszka, cała zgraja magów, bóg kaca i mój ukochany Pimpuś. Wszystko to wrzucone na dysk unoszący się w przestrzeni kosmicznej na grzbiecie czterech słoni, które z kolei stoją na grzbiecie wielkiego żółwia. Mało? Jako gratisowy deser dodam, że w 2006 roku ukazała się filmowa adaptacja książki o tym samym tytule. Jasne jak słońce, że nie była ona w stanie oddać całego smaczku jaki towarzyszy czytaniu, ale całkiem nieźle mnie rozbawiła. Zwłaszcza, że choć nie była to jakaś wielka produkcja, pełna znanych twarzy i efektów specjalnych to całkiem dobrze wypełniła swoje zadanie. Pokazała co miała pokazać, nie odbiegając wiele od fabuły i realiów z jej papierowego pierwowzoru.
Wznoszę więc toast za zdrowie Sir Pratchetta. Oby tworzył jak długo będzie mógł, bo warto od czasu do czasu sięgnąć po jego książki, by przekonać się jak wiele absurdu tkwi w nas samych. Zwłaszcza, że akcja jego powieści wciąga i wkręca się w mózg wszelkimi dostępnymi drogami. Jeżeli nie jesteście z tych twardo stąpających po ziemi to myślę, że to świetna pozycja na kilka (bądź jeden) grudniowy wieczór, która przeniesie was do krainy, gdzie rzeki z braku lepszego określenia „płyną”, a tak naprawdę wszystko jest możliwe i do bólu świąteczne.
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz