Trzy tomy, niezbyt grube,
zadrukowane drobną czcionką. Data wydania 1969 rok. Podczas czytania powraca
pytanie. Jak to możliwe, że w czasach komuny zezwolono na druk takiej historii?
Niby sprawa dobrze nam znana: Warszawa podczas okupacji, powstanie i jego
upadek, początki powojennej Polski. Każdy w szkole przecież omawiał „Kamienie
na szaniec”. Pokolenie Kolumbów, nazwa która przewijała się koło mnie już tyle
razy. Skusiła mnie jednak przelotna uwaga taty, że to jedna z jego ulubionych książek.
Co jak co, ale on nie czyta byle czego, to znaczy nie jest to kolejna opowieść
o poświęceniu i miłości w czasie wojny. Choć w końcu takie motywy też mnie
przyciągają, niczym potężny elektromagnes. Teraz wiem, za co tak ceni ten
tytuł. Za szczery i prawdziwy przekaz. Obraz ludzi, którym przyszło się
zmierzyć ze światem.
Kolumbami nazwano pokolenie
urodzonych koło roku 20-tego, to jest ludzi którzy wkraczając w wiek dorosły
stanęli oko w oko z obliczem wojny. Wojny stanowiącej dla Polaków symbol walki
i męczeństwa, za które nie doczekała się nagrody. Roman Bratny w niestandardowy
sposób przedstawia rzeczywistość okupowanej Warszawy. Rzuca w nas kolejnymi
scenami, które początkowo wydają się wybiórczo dobranym zarysem fabuły i jej
głównych bohaterów. Jednak im dalej tym łatwiej znaleźć się wśród kolejnych
pseudonimów, rzadko zastępowanych prawdziwymi imionami, mieszkań, spalonych
adresów, wspomnień pomieszanych z teraźniejszą akcją. Wszystko zaczyna układać
się w całość, bohaterowie nabierają barw. Autor nie bawi się w bezsensowne
przedłużanie. Czasem snuje historię wokół jednego wydarzenia przez kilka stron,
po czym raptownie wątek się urywa. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że
tam zawarty był jej koniec, choć nadal mamiliśmy się nadzieją, oczekując
szczęśliwego finału. Innym razem fakty wyrzucane są w nas, jak seria z karabinu
maszynowego, nie ma miejsca na domysły.
Nie można ukrywać nie są to
historie pretendujące do miana dramatu obyczajowego. Wszystko jednak jest niesamowicie
realne. Raz na wozie raz pod wozem. Muszę sama przyznać, że największe
wrażenie wywarła na mnie ostatnia część. Może dlatego, że w poprzednich tomach
przeciwnik był jasno określony. Przecież trwała wojna, hitlerowcy byli u szczytu
władzy, na ulicach łapanki, czujność na najwyższym poziomie zgodnie z zasadami
konspiracji. Potem powstanie, walka, niespokojne noce, ostrzał i niepewność
każdej następnej minuty. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek to przeżył. Tam
chłopiec z poharatanymi od granatu rękoma dalej pełnił służbę. Dzisiaj
eliminuje nas naciągnięte ścięgno. Ale najważniejszy jest koniec. Gdy Niemcy
się poddają, wkraczają regulacje, postanowienia międzynarodowych traktatów,
nowe władze i nowy porządek. Tak długo wyczekiwany pokój okazuje się czczą
mrzonką. Walka nadal trwa, tyle że teraz nic już nie jest takie oczywiste.
Chłopcy stracili swą niewinność, za przelaną krew nie czekają ich honory i
otwarte ramiona. Czy to w kraju, czy na obczyźnie starają się żyć wedle
wyuczonych reguł i choć Polak za Polakiem przeciwko obcym stanie murem,
wszędzie wkrada się nieufność i rozgoryczenie. Bo ich pierwsze miłości zginęły
płonąc od rozbitych butelek z benzyną, a nowe kobiety nie mają o tym pojęcia.
Bo nawet ci popierający nową władzę są ciągle szpiegowani i nakłaniani do
kolaboracji.
Nie będę zaprzeczać, lubuję się w
pełnych patosu opowieściach o odwadze i patriotyzmie. Ta książka pokazała mi
jednak, że za tym wszystkim kryje się też pojedynczy człowiek, który po wykonaniu
zadania nadal musi żyć. Ktoś kto walczył w imię większej sprawy, potrafił być
szlachetny aż do bólu nagle staje się zwykłym człowiekiem, którego życie zmusza
do „kombinowania”. Na cóż świeczki poległym powstańcom skoro ich poświęcenie
nie przyniosło spodziewanych efektów. Świat odwrócił się od nich. A ja nadal nie
wiem, dlaczego cenzura przepuściła historię, w której Kolumbowie zamiast
odkrywać nową Polskę, zostali pogrzebani wraz z gruzami zniszczonej Warszawy.
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz