piątek, 4 września 2015

„Kwiaty wojny” – pieśń o tym, co rozkwitło w Nankin podczas bardzo długiej zimy


                Ciągnąc temat Azji, chciałabym przytoczyć niezwykłą historię, którą pokazała mi ostatnio siostra, miłośniczka kultury Dalekiego Wschodu. To jednak zupełnie inny temat, inne czasy, choć ludzie wciąż ci sami. Co najważniejsze nie trzeba być wielbicielem tradycji Państwa Środka, by zrozumieć ten film. Ciekawi mnie tylko, czemu tak wiele pięknych historii ma zakorzeniony w sobie głęboki smutek.
                Mamy zimę na przełomie lat 1937-38, Nankin ówczesna stolica Chin, po długim ostrzale artyleryjskim właśnie została zdobyta przez wojska japońskie. Żołnierze broniący miasta nie mieli szans w starciu z dużo lepiej uzbrojonymi oddziałami generała Iwane Matsui. Na ulicach grupy pozbawionych wszelkich skrupułów japońskich żołnierzy rozpętują piekło, które później otrzyma nazwę „Masakry nankińskiej”. Wśród gwałtu i wszechobecnej śmierci, jedyną ostoją wydaje się być chrześcijański kościół.  Stanowi on schronienie dla grupy klasztornych wychowanic, do których dołącza John Miller - grabarz oraz kilkanaście prostytutek szukających za tamtejszymi murami bezpiecznego azylu. Jednak nawet to miejsce nie zdoła ich ochronić przed Japończykami.
                Z początku nieco sceptycznie podchodziłam do „kolejnej” wojennej historii, w której okrucieństwo miesza się z heroizmem. Muszę jednak przyznać, że Yimou Zhang sprawił iż ta opowieść przenika do głębi swym pięknem, choć okupione jest ono łzami i krwią. Mamy grupę ludzi, którzy w panującym dookoła chaosie robią wszystko by przetrwać, często z niechęcią odnosząc się do towarzyszy niedoli. Czy to zainteresowany jedynie pieniędzmi John, czy uczennice traktujące z pogardą grupę prostytutek, strojących żarty i dąsających się na siebie, jakby wciąż były w swoim burdelu. Gdy jednak pojawia się chwila tak trudna, że nie potrafię sobie wyobrazić, co zrobiła bym na ich miejscu, oni podejmują heroiczną próbę by ocalić swoje człowieczeństwo. Wśród zbrukanego popiołami śniegu rozkwitają krwawe kwiaty.
                Najważniejszym punktem filmu jest olbrzymia rozeta zdobiąca fasadę kościoła. Przez nią Shu, narratorka całej historii obserwuje przybycie Mo i jej towarzyszek.  Dziurawy witraż umożliwia chińskiemu snajperowi odciągnięcie uwagi od broniących się przed gwałtem dziewczynek. On też staje się głównym motywem  w pamięci Shu, gdy wspomina jak piękne potrafiły być kobiety z ulicy Czerwonych Latarnii.  Ich pieśń o rzece Qin Huai, jest niezwykłym momentem, który zamyka w sobie ulotne piękno tego filmu. Mogłabym tu wspomnieć o kreacjach aktorskich Christiana Bale’a i Ni Ni, ale stanowią oni tylko element dobrze zgranej całości.
Nie można mówić tutaj o szczęśliwym zakończeniu, bo trudno o takie w czasie wojny, a jednak finał filmu pozostawia nadzieję, choć jest ona mniej niż wątła. Wszystko opowiedziane jest w bardzo realistyczny i przejmujący sposób, ale bez zbędnej ckliwości. Nie ma tu wykreowanych póz, tylko to co naprawdę ludzkie, choć czasem trudno w to uwierzyć. Cóż film polecam, choć jest to pozycja poważniejsza i sprawiająca, że w pokoju zapada cisza. Najważniejsze jest jednak to, że ukazuje co naprawdę tkwi w ludziach.

Ethlinn

czwartek, 27 sierpnia 2015

Poznańskie Dni Tolkiena – konferencja „Tolkien – mit, historia, literatura”

       

        Konferencja odbyła się w dniach 23 – 24 marca 2015 roku. Pierwszy dzień miał miejsce w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, a drugi w Collegium Maius Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
        Plan konferencji wypełniony był ciekawymi tematami referentów, mających swoje korzenie głównie na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, choć było również kilkoro gości.
        Referatem, na który ja czekałam z największą niecierpliwością, było wystąpienie profesora Wiktora Wernera pt. „Dlaczego Mordor przegrał a elfy opuściły Śródziemie, czyli czego mistrz J.R.R. Tolkien może nas nauczyć o myśleniu historycznym?”. I faktycznie się nie rozczarowałam. Było to moim zdaniem najlepiej przygotowane wystąpienie, choć mój odbiór mogło zaburzyć to, iż jestem przyzwyczajona do specyficznego stylu wykładania profesora Wernera (dwa semestry zajęć robią swoje). Stąd też komuś, kto spotkał się z jego wystąpieniem po raz pierwszy, może się ono wydawać zbyt chaotyczne.
        Wiele referatów, których tematy wydawały się bardzo interesujące, w rzeczywistości okazały się już nie tak zajmujące. Za przykład niech posłuży referat dr hab. Macieja Michalskiego pt. „Kobiety we „Władcy Pierścieni” – rozważania między tekstem a ekranizacją”, w którym referent na większość czasu oddalił się znacznie od tematu pierwotnego, wchodząc w rozważania, dlaczego autor w ogóle niewiele kobiet umieścił w swoim dziele. Gdy już powrócił do tematu pierwotnego, przedstawił wnioski, które zostały skrytykowane podczas dyskusji.
        Gdy mowa o dyskusji, warto zaznaczyć, iż przeznaczono na nią zdecydowanie zbyt mało czasu (szczególnie, iż nastąpiło przesunięcie w czasie, spowodowane brakiem zdyscyplinowania referentów, którzy ze swoimi wystąpieniami nie mieścili się w przewidzianych 20 minutach). Stąd też podczas dysputy podjętych zostało tylko kilka wątków, które najmocniej uderzyły w słuchaczy.
         Technicznie konferencja przeprowadzona mogła być sprawniej, choć jak na pierwsze podejście do zadania, mogło być gorzej. Miłym akcentem była propozycja, aby wydać teksty referentów z uwagi na osoby, które z różnych powodów nie mogły uczestniczyć w konferencji. Organizatorzy zapowiedzieli również, iż za rok postarają się poprawić niedociągnięcia, które pojawiły się w tym roku. Miejmy nadzieję, że Pierwsze Dni Tolkienowskie w Poznaniu nie okażą się ostatnimi i zgodnie z zapowiedziami, za rok odbędą się kolejne. Tego organizatorom i wszystkim fanom twórczości Tolkiena życzę.
Z pozdrowieniami
Rosalie


sobota, 11 lipca 2015

Podręcznik gajdzina, jak być obcokrajowcem w Japonii i przeżyć – „Bezsenność w Tokio”


Wiem, że dla większości wszechświata nie ma różnicy czy Japończyk, Chińczyk, Taj czy Koreańczyk. Wszyscy są żółci, mówią i piszą w nieludzkim języku, jedzą dziwne rzeczy i mają obecnie wszystkie fabryki świata na swoim terytorium. Dla tych, którzy nie lubią opierać się tylko na stereotypach i plotkach mam książkę, która wedle reguł oświecenia uczy i bawi. W dodatku robi to w 100% polskim stylu, bo autor Polakiem jest i wcale się z tym nie kryje. Przy okazji mamy możliwość poznać fachowe stanowisko przedstawicieli Irlandii, USA i kilku innych państw, wobec kwestii jak w Japonii przeżyć.
Ale od początku, Michał Bruczkowski był studentem anglistyki, który postanowił zbadać kulturę kraju odległego od Polski o lata świetlne mentalności. Miał być tam rok, w sumie spędził jakieś 10 lat. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego. Może był to sprawdzian swojej cierpliwości w walce z miastem, w którym obcokrajowca traktowano z paniczną grzecznością, uciekając przed nim tak szybko jak się dało. Brzmi dziwnie? Cóż ujmę to nieco inaczej, Japończycy to niesamowity i silny naród, ale jak wszyscy mają też swoje wady. Przez lata wytworzyli swój własny system działania wszechświata i wszystko co może go zaburzyć jest równie przerażające co osławiona Godzilla. Strach bierze się z lęku przed nieznanym, a tym jest właśnie jakiś tam Polak próbujący kupić sobie nowe mieszkanie w jednej z tokijskich dzielnic. Co będzie jeśli wejdzie w butach na drogocenne i święte maty tatami, a jeżeli o zgrozo pomyli kapcie od łazienki z kapciami od WC? 
Obecnie książka Bruczkowskiego jest już nieco nieaktualna, gdyż od opisanych w niej wydarzeń minęło ponad 20 lat. Nie zmienia to faktu, że możemy zajrzeć za kurtynę  japońskiej mentalności i nauczyć się jak pokonać ich własną bronią. Dla każdego gajdzina (skrót oznaczający właśnie obcokrajowca) jest to skarbnica wiedzy niezbędnej do przeżycia w wielkim Tokio. Zawarte w niej historie opisują problemy życia codziennego i skuteczne metody ich rozwiązywania, które społeczność gajdzinowska wypracowała na podstawie własnych doświadczeń, Gdzie iść się umyć (maleńkie mieszkania, zwykle nie mieściły czegoś tak podstawowego jak łazienka ani nawet ubikacja), jak można zdobyć niemal nowy sprzęt stereo lub telewizor, czy w Japonii opłaca się podróżować autostopem i co wiadomo na temat automatów stojących niemal wszędzie? 
Olbrzymie poczucie humoru i dystans do samego siebie z jakim autor opisuje swoje zmagania z Krajem Wschodzącego Jena sprawia, że książkę pochłania się strona za stroną i pokłada ze śmiechu. Momentami brzmiałaby ona jak powieść si-fi z innej planety, gdyby nie fakt, że opisywane są zupełnie przyziemne sprawy. Polecam bo nie sposób się nudzić, gdy czyta się opis parapetówki oblewanej polską Żubrówką, wyszperaną w monopolowym, jako trunek bardzo egzotyczny i z pewnością odpowiedni dla niepoczytalnych gajdzinów. Nippon banzai
Ethlinn


piątek, 3 lipca 2015

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” – miejsce, gdzie na wschód słońca czeka się 4 miesiące…

        Czy człowiek może przeżyć kąpiel w Morzu Arktycznym? Jak wierzyć zegarkowi, który pokazuje godzinę dwunastą w nocy, gdy za oknem w najlepsze świeci słońce? (Co więcej, wiesz, że nie zniknie ono z nieboskłonu jeszcze przez dobre parę miesięcy.) Dlaczego w okolicy nie ma ani jednego kota? Co zrobić gdy budząc się rano staniesz oko w oko z niedźwiedziem polarnym w swoim namiocie? Jeżeli ktoś nie boi się mrozu i nocy polarnej, a interesuje go coś więcej niż ogródek za oknem, witamy na archipelagu Svalbard. Norweskiej prowincji położonej mniej więcej pomiędzy Grenlandią, północnym czubkiem Ziemi (popularnie zwanym Arktyką) i samą Norwegią. W miejscu, gdzie jest więcej skuterów śnieżnych niż ludzi, a populacja niedźwiedzi przewyższa liczbę mieszkańców o jakieś pół tysiąca osobników.      
Tylko żeby nie było nieścisłości, Spitsbergen Norwegii podlega, na jego terenie swą siedzibę ma tamtejszy gubernator, ale na miejscu okazuje się, że to tak naprawdę narodowościowy tygiel. Przedstawiciele prawie pięćdziesięciu państw na jednej wyspie, która właściwie nie obfituje w żadne nadzwyczajne rozrywki. Żeby było jeszcze śmieszniej największą grupę obcokrajowców stanowią Tajowie. Dlaczego to takie zabawne? Bo to najdalej wysunięte na północ skupisko Homo sapiens. Latem średnia temperatura oscyluje w okolicach 5 stopni. Prawie pół roku panuje dzień polarny, a przez drugie pół po czarnym niebie tańczy zorza. Brzmi nieziemsko? Dla niektórych na pewno.
Autorka, mieszkająca na Spitsbergenie od jakiś 5 lat dostrzegła potencjał w tej zimnej skalistej wyspie. Stworzyła dwustu stronicowy reportaż opisujący wyspę i rządzące nią prawa, ale przede wszystkim zebrała historie zamieszkujących ją ludzi. Zarówno tych nam współczesnych, jak i jej odkrywców, górników z radzieckiej osady Piramida, czy kilkunastoosobowej grupki młodych mężczyzn, którzy w dziwnych okolicznościach pożegnali się z życiem, zimując w świetnie zaopatrzonej chacie.  Co sprawia, że co roku wyspę odwiedzają tabuny turystów? Co prawda tylko na chwilę, bowiem tylko nielicznym odpowiada tamtejsza aura i surowe warunki życia. Zdarzają się jednak tacy, których koleje życia wyrzuciły na tutejszy brzeg, niczym drewniane kłody, które morskie fale przynoszą na Spitsbergen wprost z rosyjskiej tajgi. Przyjechali i zostali lub regularnie wracają. Książka opisuje ich historie, które często spotykamy i w naszym życiu. Jednak klimat wyspy i genialny język, którym posługuje się autorka sprawiają, że z żalem odkładam ją, gdy muszę wyjść z domu i przerwać czytanie.
Mimo, że wszystko dzieje się na naszej swojskiej Ziemi w XXI wieku, trudno sobie wyobrazić, że można mieć zupełnie inne potrzeby i problemy w życiu codziennym. Dla miłośników podróżowania pozycja bardzo wskazana. Dla tych, którzy chcą poznać detale wspomnianych przeze mnie opowieści gorąco polecam.

Ethlinn

czwartek, 25 czerwca 2015

„Klub Mefista” – rozważania nad genezą zła?

        Peccavi, z łaciny zgrzeszyłem. Wypisane krwią na miejscu okrutnie brutalnej zbrodni, możliwe do odczytania dopiero jako odbicie w lustrze. Tajemnicze zabójstwo młodej kobiety, w noc Bożego Narodzenia. Odcięta głowa, dłoń… Stół zastawiony dla czworga. Ponura sceneria rodem z horroru. Tyle o fabule.
        Słowem wstępu o samej książce, nim zacznę wyrażać swoją opinię. Jest to pierwsza książka Tess Gerritsen po jaką sięgnęłam. Dopiero w takcie czytania zauważyłam, że musiało być „coś” przed tą konkretną powieścią. Zagłębiając się w odmęty internetów dowiedziałam się, że o tych samych bohaterach powstało już kilka innych pozycji.
        „Klub Mefista” to oczywiście kryminał. Jednakże pojawiające się różne wtrącenia nieco zaburzają jego „klasyczność”. Nie raz i nie dwa spotkać się można z inspiracją motywami satanistycznymi w kryminałach, tu jednak autorka idzie o krok dalej (nie zdradzę jednak jak daleko, by nie odbierać możliwości samodzielnego odkrywania). Muszę przyznać, że nie wiem czy jest to dobre posunięcie. Osobiście uważam, że gdyby pozbyć się przynajmniej części „nadnaturalności” z tej konkretnej pozycji powieść wiele by zyskała. Sama instytucja „klubu mefista” – stowarzyszenia ludzi wykształconych zajmujących się rozwikływaniem zbrodni – jest bardzo ciekawym pomysłem, choć można się z nim spotkać też w innych pozycjach. Z „czymś” podobnym możemy się zetknąć w „Klubie Koneserów Zbrodni” M. Capuzzo (osobiście uważam, że Capuzzo daleko lepiej poradził sobie z realizacją takiego założenia). 
       Wracając jednak do tematu tej recenzji. Gdyby autorka odpuściła sobie upychanie wszędzie nadnaturalnych przejawów zła i dopracowała nieco postaci, ich motywy i przede wszystkim wypowiedzi książka na pewno stała by się jedną z moich ulubionych.
        Na pewno nie można się przy tej pozycji nudzić. Mamy tutaj wszystko czego koneser kryminałów może szukać. Mamy intrygę. Mamy morderstwa. Mamy nierozwiązane zagadki z przeszłości. Mamy kryminologów i patologów. Mamy szarych policjantów. Mamy postaci z którymi można od pierwszych słów sympatyzować, ale i takie które wprawiają w oburzenie. Mamy szarych, zwykłych obywateli z ich małymi i tymi większymi problemami. Mamy również złamanie kilku tabu. A jakby tego było jeszcze mało to mamy problem wiary. Jak to mówią „od nadmiaru głowa nie boli”, ale tu chyba jednak tak. Jak dla mnie autorka mogłaby opuścić sobie ostatni wątek i uczynić mordercę bardziej „ludzkim”. Dawno za nami już epoka, w której wierzono, że ludzie nie są w stanie popełniać brutalnych zbrodni i muszą być opętani przez złe moce.
        Nie wiem czy ta konkretna pozycja jest przejawem chwilowego załamania formy Tess Gerritsen – słyszałam o niej naprawdę wiele dobrego, mam jednak nadzieję, że tak. Nieco żałuję, że moja przygoda z tą konkretną autorką zaczęła się w ten, a nie inny sposób, ale nie mam zamiaru poprzestać na jednej jej pozycji. Na półce czeka na mnie „Chirurg” – pierwsza część serii i mam szczerą nadzieję, że zmyje umiarkowane uczucia po lekturze „Klubu Mefista”.

Surreal

czwartek, 18 czerwca 2015

„Kruk 3: Zbawienie” – dużo mrocznej symboliki podlewanej krwią, odrobina słodko-kwaśnych miłostek i trochę smażenia „na sucho”


Nie od dziś wiadomo, że jeśli zmarły zostawił po sobie niedokończone sprawy, to czasem może wrócić i zacząć sprzątać pozostawiony po sobie bałagan. A czyż niesprawiedliwe oskarżenie o brutalne zamordowanie ukochanej dziewczyny i egzekucja w wieku 21 lat nie są wystarczającym powodem, by chcieć wrócić? Cóż Alex Corvis miał tego pecha. Sam film jednak, nie ucierpiał tak bardzo, chociaż motyw zmartwychwstającego Romea z krukiem u boku pojawia się już po raz trzeci. 
Zaczęło się w 1994 i to dość nieciekawie, bo w trakcie kręcenia „Kruka 1” zginął główny aktor, w osobie Brandona Lee (syn tego słynnego Bruce’a Lee). Niektórzy zaczęli w tym momencie mówić o fatum, bo zaraz znaleziono inne, nieco mniej drastyczne wypadki, które miały miejsce na planie. Jak widać filmowców to nie zraziło, bo nie skończyło się na jednej, ani nawet dwóch produkcjach, ale dobrnęli do czterech. Omawianą część obejrzałam jako małolata, spodobała mi się i kilkakrotnie do niej wracałam – po części z sentymentu. W końcu wzięła mnie chęć by sięgnąć po pozostałe filmy z serii, ale tu muszę szczerze przyznać poległam na pierwszej linii. Nie potrafię się wypowiedzieć na ich temat, bo nie dotarłam nawet do połowy. Mimo, że pierwsza część jest traktowana jako klasyka, coś mnie wtedy odrzuciło i nie odważyłam się ponownie z nią zmierzyć.
Natomiast „Zbawienie” cenię jako lekki thriller, który oglądam by poprawić sobie nastrój, patrząc jak mimo wszechobecnego mroku, zepsucia i śmierci, miłość znowu wygrywa. Tylko bez pochopnych wniosków, to jest faktyczny dreszczowiec, w mrocznym zalatującym gotykiem stylu. Mamy dziewczynę, którą zabito 53 pchnięciami noża, jej chłopaka, który podobno w szale kłótni zmasakrował ją, za co czeka go krzesło. Nikt nie widział bowiem faceta z paskudną blizną na ręce, który miał podłożyć Alexowi narzędzie zbrodni i tym samym uczynić go głównym podejrzanym. Trochę fajerwerków, a potem zjawia się kruk i historia nabiera tempa. Nie wiem, czy powinnam zdradzać więcej szczegółów, tak dobrze już znam tę historię, że mogę powiedzieć ciut za dużo i zepsuć zabawę.
W każdym razie film ma swoje momenty. Jest klimatycznie, ciemno, brutalnie i mimo, że gdzieniegdzie przemykają widoczne braki budżetowe, nie rażą one zbyt mocno. Alex w pośmiertnym makijażu wygląda nawet lepiej niż bez niego. Najsłabiej niestety wypada chyba towarzysząca mu młodziutka Kirsten Dunst, w roli młodszej siostry zamordowanej Lauren. Sceny z nią są raczej ckliwe, choć może jest to specjalny zabieg, bo pod koniec filmu i ona nabiera nieco ostrzejszego wyrazu. Całość prezentuje się całkiem nieźle.
„Kruk 3” zyskał na moim uznaniu, bowiem nie trzyma się kurczowo nadprzyrodzonego powrotu z zaświatów. Choć główny bohater jest chodzącym trupem nie przyćmiewa to faktu, że zmusiła go do tego brutalna rzeczywistość naszego świata. Przeciwnicy to nie demony, czy opętańcy z piłami łańcuchowymi. Siedzi w nich głęboko zakorzeniony mrok, który jak fontanna wylewa się na cały ekran, ale wszystko w granicach rozsądku. Z marszu rzuca się w nas pedofilią, korupcją i bestialstwem, wszystko jednak mieści się pod kombinezonem ludzkiej skóry. Kto szuka niezbyt wymagającego filmu na wieczór, po którym nie chce mieć koszmarów może liczyć na prawie dwu godzinny pobyt po ciemnej stronie Ameryki. Właśnie, bo tu jak na ironię wcale nie wychodzący z kostnicy zombie jest tym najgorszym potworem, którego powinniśmy się lękać.


Ethlinn

niedziela, 14 czerwca 2015

"Apokalipsa" Deana Koontza.

        Podejrzany deszcz za oknem, dziwne zachowanie zwierząt, niezrozumiały komunikat w mediach, zagłuszający większość sygnałów i okrutna śmierć jednej dorosłej osoby za drugą. Dlaczego jednak niektórzy, ci, którzy szczerze chcą chronić dzieci, są oszczędzeni?
        Gdy czytałam tą książkę dwa lata temu, przez większość czasu śledziłam akcję z zapartym tchem. Pochłaniałam obrazy masakr jeden za drugim, oczami wyobraźni oglądałam opustoszałe miejsca, które normalnie tętnią życiem i zastanawiałam się, co tam właściwie się dzieje. A potem nadeszło zakończenie. I nie wiedziałam, czy płakać z żalu, czy wyśmiać autora i bohaterów. Ostatecznie zrobiłam to drugie. A jednak ta historia nie chciała opaść na dno świadomości, gdzie zwykle lądują tego typu przypadki. Nie. Zamiast tego drażniła mnie, zmuszała, bym raz za razem wspominała nie to nieudane, moim zdaniem zakończenie, ale właśnie ten wyludniony świat.
        Gdyż miał on w sobie jakąś magię. Nawet pomimo niezmiennego poczucia niebezpieczeństwa, świadomości, że każda spotkana osoba może w każdej chwili zmienić się w stertę mięsa, z trudem zachowującą ludzki kształt. Pomimo irytacji na działania bohaterów, którzy czasem zachowywali się wybitnie irracjonalnie. A czasem jedynie dlatego, że czytając kolejną stronę dochodziłam do wniosku, że najprawdopodobniej, gdybym ja znalazła się w takiej sytuacji, zachowywałabym się jeszcze mniej racjonalnie, niż bohaterowie, którzy robią głupio, ale jednak coś robią. A to coś, czego możliwe, że nie byłoby można powiedzieć nawet o połowie z nas, gdybyśmy to my znaleźli się na miejscu tych bohaterów.
        I na tym może zakończę tą recenzję. Nie wiem, czy mogę komuś polecić tą książkę. Nie jest ona też na tyle kiepskim kawałkiem literatury, by postawić przy niej wielki znak "stop!". Jest to po prostu jedna z tych książek, które nie sięgają powyżej przeciętnej, a jednak w jakiś niezrozumiały sposób nie dają o sobie zapomnieć.
Z pozdrowieniami
Rosalie

czwartek, 4 czerwca 2015

Seria, która miała być trylogią, a została dziewięcioksiągiem - "Czarne Kamienie" Anne Bishop

Chodziłam wokół tego tematu ładnych parę miesięcy. A jakiego? Stworzonej przez Anne Bishop serii Czarnych Kamieni. Z początku miała powstać trylogia, a skończyło się na dziewięciu książkach. Czy dobrze? Z góry powiem, że wielu twierdzi, że nie. Ja nie wiem co sądzę. Może pod koniec tego wywodu sama się dowiem.
Tym którzy nie słyszeli (a na pewno jest ich wielu) od razu powiem, że jest to książka kierowana do kobiet. Od pierwszych stron przewijają nam się przystojni, silni (nie zawsze) męscy mężczyźni. Praktycznie każda z Pań znajdzie kogoś dla siebie. Brnąc dalej w ten opis, muszę powiedzieć, że poczułam się zaskoczona. Przynajmniej na początku głównym bohaterem całej opowieści pozostaje mężczyzna, a nie jakby się można było spodziewać po literaturze dość „głośno” prezentującej poglądy feministyczne, kobieta. Daemon Sadi, nieziemsko przystojny bękart, o iście diabelskim uosobieniu, jeden z najsilniejszych mężczyzn na świecie usługujący (o ile to co robi można nazwać usługami) kobietom, które trzymają go na smyczy, prawie dosłownie. Jestem pewna, że tylko po tym opisie spora część kobiet rzuciłaby się na książkę, choćby po to żeby przeczytać jego dokładniejszy opis, jak również jego „zabiegów”. Jednakże nie ma co się spieszyć.
Widoczny na tyle okładki napis „Tylko dla dorosłych” jest jak najbardziej na swoim miejscu, ale nie ma co tu się spodziewać scen rodem z nimfomanki. Owszem seks jest wszechobecny, wydaje się wręcz rządzić tym światem, ale „szczegółowych” opisów za wiele tu nie znajdziemy. Nie zmienia to kwestii, że w niektórych momentach serce przyspiesza. Oprócz wszechobecnego podniecenia znajdziemy w tej serii sporo brutalności, zarówno fizycznej jak i mentalnej. Na dokładkę autorka postarała się o sporą dozę przekleństw. Tak więc książka zdecydowanie nie nadaje się dla kobiet delikatnych i kokietek. Zdecydowanie odradzam.
Idąc dalej. Fabuła, bo owszem przy tym wszystkim co wymieniłam wcześniej tak owa tu występuje. Muszę przyznać, że w sporych ilościach, co prawda motywy dość oklepane, ale gdzież tu szukać nowości skoro wszystko już było?
Biorąc pod lupę wszystko co Anne wymyśliła, nie dziwię się, że zdecydowała się poszerzyć serię z zaledwie trzech części, ale nie zrozumiem, czemu aż do dziewięciu. Na końcu człowiek zwyczajnie się już nudzi. I nawet kolorowa plejada postaci nie pomaga. Wymyślony przez nią świat, ma parę wad. Gdzieniegdzie czegoś mu brakuje, ale mimo wszystko broni się dość dobrze. Jak również bohaterowie. Jak już mówiłam wcześniej praktycznie każda z Pań, która sięgnie po tę serię znajdzie swojego ulubieńca. Jednak sprawa ta nie tyczy się tylko mężczyzn, wśród bohaterek również znajdzie się kilka ciekawych postaci, choć jest ich zdecydowanie mniej niż tych męskich, którzy dosłownie wylewają się z pomiędzy stronic (w sumie czemuż tu się dziwić, skoro to pisane dla kobiet jest).
Na dokładkę powiem jeszcze, że w historii tej można znaleźć zarówno magię jak i politykę, no i oczywiście wojnę. Można więc powiedzieć, że jest tu wszystko, czego dusza zapragnąć może. I tu właśnie pojawia się kolejny problem.
Jest tego zbyt dużo! Klęska urodzaju, można by powiedzieć. Autorka „wsadziła” tu wszystko co się dało i niestety nie do końca wyszło jej to na dobre. Dodatkowo nie ma co doszukiwać się tu górnolotnego, porywającego języka, bo czytelnik po prostu się zawiedzie. Nie jest jednak tak źle, żeby to widocznie przeszkadzało.
Podsumowując. Nadal do końca nie wiem co sądzić o tej konkretnej serii, choć przyznać muszę, że mam do niej słabość. Może ze względu na wymienionego wcześniej bohatera? Czy też może innych jemu podobnych? A może ze względu na to jak łatwo przy tej książce zapomina się o rzeczywistości? A może wszystkiemu winne jest to, że w tej konkretnej serii często gęsto to kobieta jest wybawcą, a nie jak to zwykle bywa męski i wielki facet ratuje delikatną i kruchą księżniczkę z opresji? A może chodzi o współzależności?
Pojęcia nie mam, ale wiem, że seria po mimo wad, ma u mnie specjalne miejsce i nawet teraz po latach od przeczytania jej czasem lubię wrócić do co ciekawszych fragmentów i na kilka godzin udać się do tego magicznego świata.


P.S.
Na zdjęciu brakuje jednej części.

Surreal