czwartek, 5 lutego 2015

Powrót do przeszłości – „Strzeż się sokoła” Andre Norton

Podczas świątecznego odkurzania domowej biblioteczki wpadła mi w ręce cała masa książek, które przeczytałam tak dawno temu, że wiele z ich treści zatarło się już w mojej pamięci. Pomyślałam, że warto by kiedyś ponownie do nich sięgnąć. Myśl tę skierowałam szczególnie w stronę serii o Świecie Czarownic, autorstwa amerykańskiej pisarki tworzącej pod pseudonimem Andre Norton. Kilka jej powieści odziedziczyłam po mamie, która zakupiła je na początku lat 90-tych, gdy książki jeszcze były tanie, a fantastyka dopiero pojawiała się w polskich księgarniach.
Koniec końców wybrałam „Strzeż się sokoła”, pamiętałam bowiem, że przeczytałam tę książkę kilkakrotnie, bo spodobali mi się jej bohaterowie. Wiedziałam też, że gdy ostatnio do niej zaglądałam wiele rzeczy wydawało mi się niejasnych lub zupełnie wykraczających poza moje pojmowanie. Byłam wtedy w podstawówce lub gimnazjum, więc uznałam, że być może miałam zbyt mało doświadczenia by wszystko zrozumieć. Z tym większym zaciekawieniem ponownie weszłam między jej strony by przekonać ile rzeczy się zmieniło w mojej głowie od tamtego czasu i jak tym razem odbiorę tę historię.
Niestety nie jestem w stanie przytoczyć tu całego tła wydarzeń, gdyż i w książce na wstępie znajduje się kilka stron tłumaczeń dla „niewtajemniczonych”, którzy nie czytali poprzednich części cyklu. Mogę jednak powiedzieć, że jest to opowieść o młodej kobiecie, która jest dziedziczką właściwie wymarłego rodu wywodzącego się ze starej rasy ludzi, obdarzonych mocą. To dziedzictwo jest jednocześnie sensem jej życia i przekleństwem, gdyż narzuca jej za pośrednictwem snów misję, od której nie może uciec. Po wielu latach przygotowań Tirtha jest gotowa, by wyruszyć do ojczyzny swoich przodków, gdzie czeka na nią nieznana przyszłość. Musi jednak przedostać się przez góry, które w wyniku pewnej magicznej katastrofy są bardzo niebezpieczne. Poszukując najemnika, który pomógłby jej w tej trudnej przeprawie spotyka jednego ze Sokolników. On w widoczny sposób także niesie za sobą widmo niespecjalnie miłej przeszłości. Tirtha wie, że wśród wielu znaczących zalet ten naród wojowników ma pewne problematyczne przekonania, które mogą utrudnić podróż. Mianowicie gardzą oni kobietami i magią, a główna bohaterka reprezentuje obie te cechy. Wbrew jej obawom, Sokolnik na swój chłodny sposób przyjmuje od niej propozycję służby i tak zaczyna się ich wędrówka.
Brzmi to może banalnie, ale zamysł naprawdę jest ciekawy, a bohaterowie są już dorosłymi ludźmi, którzy wiele w życiu doświadczyli, więc nie trawią czasu na rozterki cóż z sobą począć. Nie ma też co oszukiwać, książka nie jest pozbawiona swoistego realizmu, ale dużo więcej w niej z baśni. Wiele wydarzeń jest owianych mgłą tajemnicy i tak na dobrą sprawę nigdy do końca się ona nie rozwiewa. Jako ich przyczyny autorka przedstawia przeznaczenie i jakieś niezmiernie potężne, magiczne istoty, które rządzą się swoimi własnymi powodami. Odnoszę wrażenie, że z tego powodu kiedyś nie rozumiałam niektórych fragmentów. Dlatego też uznałam wtedy tę powieść za zbyt wygórowaną, jak na mój poziom. Podobnie było w przypadku innych części z tej serii. Obecnie czytając starałam się wyłowić sens, który wtedy tak skrzętnie mi się wymykał i niestety muszę stwierdzić, że wiele więcej go nie wyłowiłam. Chcę wierzyć, że nie dlatego, że wciąż nie dorosłam do tej treści, ale ponieważ nie ma tu nic więcej. Udało mi się ustalić, że pewne zamieszanie wprowadzają długie momenty pod koniec książki, gdy bohaterka jest na wpół żywa i kolejne sceny często dzieli spory odstęp czasu. Natomiast inne motywy stały się bardziej naiwne niż tajemnicze. Na całe szczęście zwykle w końcu wkracza coś pokrewnego rozsądkowi i cała sytuacja się stabilizuje. Mam swój happy end.
Podsumowując. Przyjemnie było wrócić do starych wspomnień i historii, którą przez wiele lat darzyłam dużym sentymentem. Mimo, że nie było to tak radosny powrót, jak sądziłam na początku to nadal uważam, że jest to literatura z kategorii lekkie, przyjemne i nie pozbawione pewnego smaczku. Polecam fanom fantastyki, którzy dotąd nie zetknęli się ze starszymi pozycjami z tego gatunku (może poza Tolkienem). Zwłaszcza, że pani Norton była dosyć płodną pisarką i pozostawiła po sobie zróżnicowany i bogaty dorobek literacki.

P.S. Po tym, jak ponownie przeczytałam kilka kolejnych tomów, mam wrażenie, że za spłycenie niektórych scen odpowiada tłumaczenie. Napotkałam wiele błędów i zdań, które nie miały sensu, bo coś w nich namieszano. Cóż potwierdza to tylko stwierdzenie, że początki bywają trudne. 

Ethlinn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz