Podczas świątecznego odkurzania
domowej biblioteczki wpadła mi w ręce cała masa książek, które przeczytałam tak
dawno temu, że wiele z ich treści zatarło się już w mojej pamięci. Pomyślałam,
że warto by kiedyś ponownie do nich sięgnąć. Myśl tę skierowałam szczególnie w
stronę serii o Świecie Czarownic, autorstwa amerykańskiej pisarki tworzącej pod
pseudonimem Andre Norton. Kilka jej powieści odziedziczyłam po mamie,
która zakupiła je na początku lat 90-tych, gdy książki jeszcze były tanie, a
fantastyka dopiero pojawiała się w polskich księgarniach.
Koniec końców wybrałam „Strzeż
się sokoła”, pamiętałam bowiem, że przeczytałam tę książkę kilkakrotnie, bo spodobali
mi się jej bohaterowie. Wiedziałam też, że gdy ostatnio do niej zaglądałam
wiele rzeczy wydawało mi się niejasnych lub zupełnie wykraczających poza moje pojmowanie.
Byłam wtedy w podstawówce lub gimnazjum, więc uznałam, że być może miałam zbyt
mało doświadczenia by wszystko zrozumieć. Z tym większym zaciekawieniem
ponownie weszłam między jej strony by przekonać ile rzeczy się zmieniło w mojej
głowie od tamtego czasu i jak tym razem odbiorę tę historię.
Niestety nie jestem w stanie
przytoczyć tu całego tła wydarzeń, gdyż i w książce na wstępie znajduje się
kilka stron tłumaczeń dla „niewtajemniczonych”, którzy nie czytali poprzednich
części cyklu. Mogę jednak powiedzieć, że jest to opowieść o młodej kobiecie,
która jest dziedziczką właściwie wymarłego rodu wywodzącego się ze starej rasy
ludzi, obdarzonych mocą. To dziedzictwo jest jednocześnie sensem jej życia i
przekleństwem, gdyż narzuca jej za pośrednictwem snów misję, od której nie może
uciec. Po wielu latach przygotowań Tirtha jest gotowa, by wyruszyć do ojczyzny
swoich przodków, gdzie czeka na nią nieznana przyszłość. Musi jednak przedostać
się przez góry, które w wyniku pewnej magicznej katastrofy są bardzo
niebezpieczne. Poszukując najemnika, który pomógłby jej w tej trudnej
przeprawie spotyka jednego ze Sokolników. On w widoczny sposób także niesie za
sobą widmo niespecjalnie miłej przeszłości. Tirtha wie, że wśród wielu
znaczących zalet ten naród wojowników ma pewne problematyczne przekonania,
które mogą utrudnić podróż. Mianowicie gardzą oni kobietami i magią, a główna
bohaterka reprezentuje obie te cechy. Wbrew jej obawom, Sokolnik na swój
chłodny sposób przyjmuje od niej propozycję służby i tak zaczyna się ich
wędrówka.
Brzmi to może banalnie, ale
zamysł naprawdę jest ciekawy, a bohaterowie są już dorosłymi ludźmi, którzy
wiele w życiu doświadczyli, więc nie trawią czasu na rozterki cóż z sobą
począć. Nie ma też co oszukiwać, książka nie jest pozbawiona swoistego realizmu,
ale dużo więcej w niej z baśni. Wiele wydarzeń jest owianych mgłą tajemnicy i
tak na dobrą sprawę nigdy do końca się ona nie rozwiewa. Jako ich przyczyny
autorka przedstawia przeznaczenie i jakieś niezmiernie potężne, magiczne
istoty, które rządzą się swoimi własnymi powodami. Odnoszę wrażenie, że z tego
powodu kiedyś nie rozumiałam niektórych fragmentów. Dlatego też uznałam wtedy tę
powieść za zbyt wygórowaną, jak na mój poziom. Podobnie było w przypadku innych
części z tej serii. Obecnie czytając starałam się wyłowić sens, który wtedy tak
skrzętnie mi się wymykał i niestety muszę stwierdzić, że wiele więcej go nie
wyłowiłam. Chcę wierzyć, że nie dlatego, że wciąż nie dorosłam do tej treści,
ale ponieważ nie ma tu nic więcej. Udało mi się ustalić, że pewne zamieszanie
wprowadzają długie momenty pod koniec książki, gdy bohaterka jest na wpół żywa
i kolejne sceny często dzieli spory odstęp czasu. Natomiast inne motywy stały
się bardziej naiwne niż tajemnicze. Na całe szczęście zwykle w końcu wkracza
coś pokrewnego rozsądkowi i cała sytuacja się stabilizuje. Mam swój happy end.
Podsumowując. Przyjemnie było
wrócić do starych wspomnień i historii, którą przez wiele lat darzyłam dużym
sentymentem. Mimo, że nie było to tak radosny powrót, jak sądziłam na początku to
nadal uważam, że jest to literatura z kategorii lekkie, przyjemne i nie
pozbawione pewnego smaczku. Polecam fanom fantastyki, którzy dotąd nie zetknęli
się ze starszymi pozycjami z tego gatunku (może poza Tolkienem). Zwłaszcza, że
pani Norton była dosyć płodną pisarką i pozostawiła po sobie zróżnicowany i
bogaty dorobek literacki.
P.S. Po tym, jak ponownie przeczytałam kilka kolejnych tomów, mam wrażenie, że za spłycenie niektórych scen odpowiada tłumaczenie. Napotkałam wiele błędów i zdań, które nie miały sensu, bo coś w nich namieszano. Cóż potwierdza to tylko stwierdzenie, że początki bywają trudne.
Ethlinn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz