piątek, 20 lutego 2015

Niegodziwość, człowieczeństwo i miłość – „Maleficent” nowa ekranizacja „Śpiącej Królewny” czy zupełnie inna historia?

        „Maleficent” czy pod polskim tytułem „Czarownica” weszła do polskich kin 30 maja 2014 roku. Kilkukrotnie siadałam już do pisania opinii o niej, ale nigdy nie udało mi się jej skończyć.
        Na film szłam z mieszaniną obawy, nadziei i ekscytacji. Jako dziecko uwielbiałam „Śpiącą Królewnę” i nie byłam zbyt przychylnie nastawiona do „nowej adaptacji”, o ile „Czarownicę” w ogóle można nazwać adaptacją tej bajki.
        Każdy chyba wie, o czym opowiada historia księżniczki zapadającej w sen. Podejrzewam, że znajdą się osoby, które nie widziały pierwszej, rysunkowej ekranizacji znanej baśni, co nie zmienia kwestii, że opowieść o ukłuciu w palec igłą kołowrotka nie jest nikomu obca. Jednak w przypadku „Maleficent” głównymi protagonistami nie są śpiąca królewna i rycerski książę, a sama zła i okrutna wiedźma. Pytanie tylko czy naprawdę jest taka zła, okrutna i bez serca?
        „Czarownicę” można uznać za pewnego rodzaju prolog do baśni, bo wydarzeniom z samej oryginalnej historii poświęcono naprawdę niewiele czasu. Tytułową Czarownicę poznajemy jeszcze jako wesołą dziewczynkę, dorastającą w zaczarowanym lesie wśród magicznych stworzeń. Wkrótce na ekranie pojawia się młody chłopak i pomiędzy bohaterami rozwija się przyjaźń, mimo długoletnich konfliktów wróżek z ludźmi. Nie trudno domyślić się, że aby nasza Diabolina w pełni zasłużyła na swe imię, musi stać się coś strasznego. I dzieje się, a konsekwencje są dramatyczne dla obu stron, a jedną z nich jest rzucenie dobrze wszystkim znanej klątwy na małą księżniczkę. Czarownica otacza krainę wróżek nieprzebytym murem i przez wiele lat pielęgnuje w sobie nienawiść do ludzkości. Jednocześnie wraz z urzekającym Diavalem dogląda Aurory i pilnuje by dożyła ona wieku, który wiąże się z wypełnieniem złego czaru, gdyż pod opieką trzech wróżek nie dożyłaby drugich urodzin. Po jakimś czasie w czarnym sercu Diaboliny pojawia się zwątpienie co do słuszności własnych czynów, lecz na odczynienie klątwy jest już za późno. Na szczęście jak to w bajkach bywa koniec nie może być smutny, tak więc całość kończy się happy endem, z nie do końca przypadkową śmiercią w tle.
        Dorosłej Diabolinie twarzy użycza Angelina Jolie, która w tej roli (jak i wielu innych, moim zdaniem) wypada wspaniale. Grając zdradzoną i wściekłą kobietę, cudownie oddaje targające nią emocje, a także zmianę, która w niej zachodzi pod wpływem następujących wydarzeń. Na ekranie partnerują jej Sam Riley w roli jej kruczego sługi; Lesley Manville, Imelda Staunton i Juno Temple w rolach niezbyt rozgarniętych i ogarniętych trzech wróżek, a także Elle Fanning w roli księżniczki Aurory. Rolę zaślepionego strachem i zemstą króla Stefana wcielił się Sharlto Copley. W moim mniemaniu aktorzy fantastycznie poradzili sobie z rolami, ale na największy podziw zasługują Angelina Jolie i Sam Riley, którzy stworzy na ekranie niesamowite kreacje.
        Na najwyższą pochwałę zasługują efekty specjalne. Mimo, iż wiele rzeczy spośród pojawiających się na ekranie musi być wytworem ludzkiej wyobraźni urzeczywistnionej z pomocą komputera, film nie wygląda wcale na sztuczny (jak to często bywa w produkcjach naszpikowanych efektami komputerowymi). Muzycznie film, też należy do niezłych – bogu dzięki, że przerobioną wersję oryginalnej piosenki „Once Upon a Dream” w pełnej krasie słyszymy dopiero przy napisach końcowych.
        Powoli zmierzając ku końcowi pozwolę sobie w kilku słowach skomentować niektóre z zasłyszanych opinii. Po pierwsze, nie uważam, aby był to film dedykowany najmłodszej publiczności, ja wiem, dzieciaki teraz „szybko nam rosną”, ale nie aż tak. Pomimo ślicznych obrazków i bajkowego nastroju filmu, nie zrozumieją przekazu tej produkcji. Ekranizacja opowiada historię skomplikowanych stosunków między dorosłymi, a nie słodką baśń o budzącej się ze snu królewnie, która zakochuje się w królewiczu, którego dopiero co poznała. Nie bez powodu główną bohaterką jest Diabolina, a nie Aurora! Po drugie nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że film jest „płytki”. Nie można tu oczywiście mówić o pokładach szeroko rozumianej „głębi” – nie jest to dramat biograficzny, a film fantastyczny, ale nawet z tej produkcji można się wiele nauczyć.
        Kończąc uważam, że film jest jednym z lepszych, które powstały w niedawnym okresie, ale przed jego obejrzeniem (wszystkim tym, którzy nie widzieli), radziłabym zapoznać się choćby z disneyowską wersją „Śpiącej Królewny” – da to szerszy obraz i spowoduje, że łatwiej będzie zrozumieć całą rozgrywającą się akcję i to dlaczego film jest „inny” niż pozostałe produkcje spod znaku Walta Disneya.
        Serdecznie polecam go wszystkim! Jednym jako niezbyt zobowiązującą (ale na pewno nie głupią!) rozrywkę. Miłośnikom fantastyki jako coś zdecydowanie w ich kręgu zainteresowań. A ludziom, tak jak ja wychowanym na „starych, dobrych rysowanych bajkach” jako coś, co koniecznie trzeba obejrzeć.

Surreal

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz