„Maleficent” czy pod polskim tytułem
„Czarownica” weszła do polskich kin 30 maja 2014 roku. Kilkukrotnie siadałam
już do pisania opinii o niej, ale nigdy nie udało mi się jej skończyć.
Na film szłam z mieszaniną obawy,
nadziei i ekscytacji. Jako dziecko uwielbiałam „Śpiącą Królewnę” i nie byłam
zbyt przychylnie nastawiona do „nowej adaptacji”, o ile „Czarownicę” w ogóle
można nazwać adaptacją tej bajki.
Każdy chyba wie, o czym opowiada
historia księżniczki zapadającej w sen. Podejrzewam, że znajdą się osoby, które
nie widziały pierwszej, rysunkowej ekranizacji znanej baśni, co nie zmienia
kwestii, że opowieść o ukłuciu w palec igłą kołowrotka nie jest nikomu obca.
Jednak w przypadku „Maleficent” głównymi protagonistami nie są śpiąca królewna
i rycerski książę, a sama zła i okrutna wiedźma. Pytanie tylko czy naprawdę
jest taka zła, okrutna i bez serca?
„Czarownicę” można uznać za pewnego
rodzaju prolog do baśni, bo wydarzeniom z samej oryginalnej historii poświęcono
naprawdę niewiele czasu. Tytułową Czarownicę poznajemy jeszcze jako wesołą
dziewczynkę, dorastającą w zaczarowanym lesie wśród magicznych stworzeń. Wkrótce na ekranie pojawia się młody chłopak i pomiędzy bohaterami rozwija się przyjaźń, mimo długoletnich konfliktów wróżek z ludźmi. Nie trudno domyślić się, że aby nasza Diabolina w pełni zasłużyła na swe imię, musi stać się coś strasznego. I dzieje się, a konsekwencje są dramatyczne dla obu stron, a jedną z nich jest rzucenie dobrze wszystkim znanej klątwy na małą księżniczkę. Czarownica otacza krainę wróżek nieprzebytym murem i przez wiele lat pielęgnuje w sobie nienawiść do ludzkości. Jednocześnie wraz z urzekającym Diavalem dogląda Aurory i pilnuje by dożyła ona wieku, który wiąże się z wypełnieniem złego czaru, gdyż pod opieką trzech wróżek nie dożyłaby drugich urodzin. Po jakimś czasie w czarnym sercu Diaboliny pojawia się zwątpienie co do słuszności własnych czynów, lecz na odczynienie klątwy jest już za późno. Na szczęście jak to w bajkach bywa koniec nie może być smutny, tak więc całość kończy się happy endem, z nie do końca przypadkową śmiercią w tle.
Dorosłej Diabolinie twarzy użycza
Angelina Jolie, która w tej roli (jak i wielu innych, moim zdaniem) wypada
wspaniale. Grając zdradzoną i wściekłą kobietę, cudownie oddaje targające nią emocje,
a także zmianę, która w niej zachodzi pod wpływem następujących wydarzeń. Na
ekranie partnerują jej Sam Riley w roli jej kruczego sługi; Lesley Manville, Imelda
Staunton i Juno Temple w rolach niezbyt rozgarniętych i ogarniętych trzech
wróżek, a także Elle Fanning w roli księżniczki Aurory. Rolę zaślepionego
strachem i zemstą króla Stefana wcielił się Sharlto Copley. W moim mniemaniu
aktorzy fantastycznie poradzili sobie z rolami, ale na największy podziw
zasługują Angelina Jolie i Sam Riley, którzy stworzy na ekranie niesamowite
kreacje.
Na najwyższą pochwałę zasługują efekty
specjalne. Mimo, iż wiele rzeczy spośród pojawiających się na ekranie musi być
wytworem ludzkiej wyobraźni urzeczywistnionej z pomocą komputera, film nie
wygląda wcale na sztuczny (jak to często bywa w produkcjach naszpikowanych
efektami komputerowymi). Muzycznie film, też należy do niezłych – bogu dzięki,
że przerobioną wersję oryginalnej piosenki „Once Upon a Dream” w pełnej krasie
słyszymy dopiero przy napisach końcowych.
Powoli zmierzając ku końcowi pozwolę sobie
w kilku słowach skomentować niektóre z zasłyszanych opinii. Po pierwsze, nie
uważam, aby był to film dedykowany najmłodszej publiczności, ja wiem, dzieciaki
teraz „szybko nam rosną”, ale nie aż tak. Pomimo ślicznych obrazków i bajkowego
nastroju filmu, nie zrozumieją przekazu tej produkcji. Ekranizacja opowiada
historię skomplikowanych stosunków między dorosłymi, a nie słodką baśń o budzącej
się ze snu królewnie, która zakochuje się w królewiczu, którego dopiero co
poznała. Nie bez powodu główną bohaterką jest Diabolina, a nie Aurora! Po
drugie nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że film jest „płytki”. Nie można
tu oczywiście mówić o pokładach szeroko rozumianej „głębi” – nie jest to dramat
biograficzny, a film fantastyczny, ale nawet z tej produkcji można się wiele
nauczyć.
Kończąc uważam, że film jest jednym z
lepszych, które powstały w niedawnym okresie, ale przed jego obejrzeniem (wszystkim
tym, którzy nie widzieli), radziłabym zapoznać się choćby z disneyowską wersją „Śpiącej
Królewny” – da to szerszy obraz i spowoduje, że łatwiej będzie zrozumieć całą
rozgrywającą się akcję i to dlaczego film jest „inny” niż pozostałe produkcje
spod znaku Walta Disneya.
Serdecznie polecam go wszystkim! Jednym
jako niezbyt zobowiązującą (ale na pewno nie głupią!) rozrywkę. Miłośnikom
fantastyki jako coś zdecydowanie w ich kręgu zainteresowań. A ludziom, tak jak
ja wychowanym na „starych, dobrych rysowanych bajkach” jako coś, co koniecznie
trzeba obejrzeć.
Surreal

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz