niedziela, 28 grudnia 2014

Grobowe „Ho ho ho”, krótko mówiąc „Wiedźmikołaj” w całej krasie.

        Święta święta i po świętach, ale miła lektura zawsze może przedłużyć czas bożonarodzeniowego uniesienia o kilka godzin. Zwłaszcza tak nietuzinkowa i wypełniona po brzegi magią, jak powieść Terry’go Pratchetta. Brytyjski mistrz raczy nas ucztą charakterystycznej dla siebie mieszanki groteski, gier słownych, absurdu i życiowych prawd w połączeniu z świąteczną atmosferą. Stół zastawiony, przystawki podane, czas na pierwsze danie. Chyba nie skłamię, jeśli stwierdzę, że książkę czytałam jakieś 2 lata temu mimo to zdaję się na swoją dobrą pamięć i postaram się nieco pobudzić wasz apetyt.
        W powietrzu unosi się żywiczny zapach choinki, słodka woń pierniczków i aromatyczna nutka sherry. Jednak wśród tej spokojnej zimowej nocy Strzeżenia Wiedźm dzieje się więcej niż na pozór widać. Pewne siły planują potworną zbrodnię, która sprawi, że setki dzieci o poranku nie znajdą w swych skarpetach ani śladu świątecznych prezentów. Aby dopełnić czarę wystarczy wspomnieć, że z tej samej przyczyny słońce już nigdy nie wzejdzie na niebie. Wiara to potężna moc, która źle wykorzystana może sprowadzić katastrofę. Aby ratować sytuację rolę Wiedźmikołaja przejmuje nikt inny, jak sama Śmierć. Cóż jeżeli prawie dwumetrowy szkielet w czerwonym stroju i worku na plecach, usiłujący się rubasznie śmiać nie poprawi wam nastroju to chyba czas na leki antydepresyjne. Nie można zaprzeczyć, że wręczanie prezentów to nie posada dla Ponurego Żniwiarza, dlatego jego wnuczka Susan chcąc nie chcąc musi odkręcić to wszystko. Taki wielki wyciek wiary to źródło masy problemów i im szybciej się go zatka tym lepiej.
        Żeby dodać pikanterii można wspomnieć, że na talerzu pojawia się oprócz Śmierci kilka innych ciekawych postaci, jak chociażby morderca na zlecenie, Wróżka Zębuszka, cała zgraja magów, bóg kaca i mój ukochany Pimpuś. Wszystko to wrzucone na dysk unoszący się w przestrzeni kosmicznej na grzbiecie czterech słoni, które z kolei stoją na grzbiecie wielkiego żółwia. Mało? Jako gratisowy deser dodam, że w 2006 roku ukazała się filmowa adaptacja książki o tym samym tytule. Jasne jak słońce, że nie była ona w stanie oddać całego smaczku jaki towarzyszy czytaniu, ale całkiem nieźle mnie rozbawiła. Zwłaszcza, że choć nie była to jakaś wielka produkcja, pełna znanych twarzy i efektów specjalnych to całkiem dobrze wypełniła swoje zadanie. Pokazała co miała pokazać, nie odbiegając wiele od fabuły i realiów z jej papierowego pierwowzoru.  
        Wznoszę więc toast za zdrowie Sir Pratchetta. Oby tworzył jak długo będzie mógł, bo warto od czasu do czasu sięgnąć po jego książki, by przekonać się jak wiele absurdu tkwi w nas samych. Zwłaszcza, że akcja jego powieści wciąga i wkręca się w mózg wszelkimi dostępnymi drogami. Jeżeli nie jesteście z tych twardo stąpających po ziemi to myślę, że to świetna pozycja na kilka (bądź jeden) grudniowy wieczór, która przeniesie was do krainy, gdzie rzeki z braku lepszego określenia „płyną”, a tak naprawdę wszystko jest możliwe i do bólu świąteczne. 

Ethlinn

piątek, 19 grudnia 2014

„Kolumbowie Rocznik 20” – Powstańców pamięci żałobny rapsod?

Trzy tomy, niezbyt grube, zadrukowane drobną czcionką. Data wydania 1969 rok. Podczas czytania powraca pytanie. Jak to możliwe, że w czasach komuny zezwolono na druk takiej historii? Niby sprawa dobrze nam znana: Warszawa podczas okupacji, powstanie i jego upadek, początki powojennej Polski. Każdy w szkole przecież omawiał „Kamienie na szaniec”. Pokolenie Kolumbów, nazwa która przewijała się koło mnie już tyle razy. Skusiła mnie jednak przelotna uwaga taty, że to jedna z jego ulubionych książek. Co jak co, ale on nie czyta byle czego, to znaczy nie jest to kolejna opowieść o poświęceniu i miłości w czasie wojny. Choć w końcu takie motywy też mnie przyciągają, niczym potężny elektromagnes. Teraz wiem, za co tak ceni ten tytuł. Za szczery i prawdziwy przekaz. Obraz ludzi, którym przyszło się zmierzyć ze światem.
Kolumbami nazwano pokolenie urodzonych koło roku 20-tego, to jest ludzi którzy wkraczając w wiek dorosły stanęli oko w oko z obliczem wojny. Wojny stanowiącej dla Polaków symbol walki i męczeństwa, za które nie doczekała się nagrody. Roman Bratny w niestandardowy sposób przedstawia rzeczywistość okupowanej Warszawy. Rzuca w nas kolejnymi scenami, które początkowo wydają się wybiórczo dobranym zarysem fabuły i jej głównych bohaterów. Jednak im dalej tym łatwiej znaleźć się wśród kolejnych pseudonimów, rzadko zastępowanych prawdziwymi imionami, mieszkań, spalonych adresów, wspomnień pomieszanych z teraźniejszą akcją. Wszystko zaczyna układać się w całość, bohaterowie nabierają barw. Autor nie bawi się w bezsensowne przedłużanie. Czasem snuje historię wokół jednego wydarzenia przez kilka stron, po czym raptownie wątek się urywa. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że tam zawarty był jej koniec, choć nadal mamiliśmy się nadzieją, oczekując szczęśliwego finału. Innym razem fakty wyrzucane są w nas, jak seria z karabinu maszynowego, nie ma miejsca na domysły.
Nie można ukrywać nie są to historie pretendujące do miana dramatu obyczajowego. Wszystko jednak jest niesamowicie realne. Raz na wozie raz pod wozem. Muszę sama przyznać, że największe wrażenie wywarła na mnie ostatnia część. Może dlatego, że w poprzednich tomach przeciwnik był jasno określony. Przecież trwała wojna, hitlerowcy byli u szczytu władzy, na ulicach łapanki, czujność na najwyższym poziomie zgodnie z zasadami konspiracji. Potem powstanie, walka, niespokojne noce, ostrzał i niepewność każdej następnej minuty. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek to przeżył. Tam chłopiec z poharatanymi od granatu rękoma dalej pełnił służbę. Dzisiaj eliminuje nas naciągnięte ścięgno. Ale najważniejszy jest koniec. Gdy Niemcy się poddają, wkraczają regulacje, postanowienia międzynarodowych traktatów, nowe władze i nowy porządek. Tak długo wyczekiwany pokój okazuje się czczą mrzonką. Walka nadal trwa, tyle że teraz nic już nie jest takie oczywiste. Chłopcy stracili swą niewinność, za przelaną krew nie czekają ich honory i otwarte ramiona. Czy to w kraju, czy na obczyźnie starają się żyć wedle wyuczonych reguł i choć Polak za Polakiem przeciwko obcym stanie murem, wszędzie wkrada się nieufność i rozgoryczenie. Bo ich pierwsze miłości zginęły płonąc od rozbitych butelek z benzyną, a nowe kobiety nie mają o tym pojęcia. Bo nawet ci popierający nową władzę są ciągle szpiegowani i nakłaniani do kolaboracji.
Nie będę zaprzeczać, lubuję się w pełnych patosu opowieściach o odwadze i patriotyzmie. Ta książka pokazała mi jednak, że za tym wszystkim kryje się też pojedynczy człowiek, który po wykonaniu zadania nadal musi żyć. Ktoś kto walczył w imię większej sprawy, potrafił być szlachetny aż do bólu nagle staje się zwykłym człowiekiem, którego życie zmusza do „kombinowania”. Na cóż świeczki poległym powstańcom skoro ich poświęcenie nie przyniosło spodziewanych efektów. Świat odwrócił się od nich. A ja nadal nie wiem, dlaczego cenzura przepuściła historię, w której Kolumbowie zamiast odkrywać nową Polskę, zostali pogrzebani wraz z gruzami zniszczonej Warszawy.

Ethlinn

czwartek, 11 grudnia 2014

"Słuchacze" Jamesa Edwina Gunna

        "Słuchacze" to książka, która pomimo tego, że powstała w latach 70., posiada w sobie to coś, co robi na mnie piorunujące wrażenie, stąd też postanowiłam się podzielić swoimi odczuciami.
        Na początku czuję głęboką potrzebę wspomnieć, że większość tworów artystycznych powstałych przed rokiem 2000 zazwyczaj odrzuca mnie na wstępie. Podobnie uprzedzona byłam również do tej książki, gdy otwierałam ją po raz pierwszy. Dodając do tego świadomość, że kwalifikuje się ją do nurtu science-fiction, byłam pewna, że będzie to stracone parę godzin. Jedynym powodem tego, że faktycznie się za nią zabrałam było to, że był to prezent. A potem coś się zmieniło...
        Pierwsze strony nie zapowiadały jeszcze tego, że książka ta może być tak interesującą odmianą, jaką się później okazała. Początek traktuje o problemach, z jakimi zmaga się dyrektor specyficznego ośrodka badawczego, który zajmuje się słuchaniem szumów kosmicznych, aby wychwycić jakąkolwiek próbę kontaktu istot z innych planet z naszą cywilizacją. Z uwagi na brak wyników, mówi się o zamknięciu projektu, który pochłania zbyt duże środki pieniężne. Do dnia, w którym wyniki się w końcu pojawiają.
        Bohaterowie odbierają szum, który po oczyszczeniu okazuje się zapisem pierwszych audycji radiowych nadawanych na Ziemi. Szczegółowa interpretacja przez komputer ukazuje, że w tym odbiciu zawarta jest również dodatkowa informacja od innej cywilizacji. Rozpoczynają się rozmowy, czy należy odpowiedzieć. A potem długie lata czekania, na kolejną wiadomość od cywilizacji oddalonej od nas o kilkadziesiąt lat świetlnych.
        I właśnie ten moment rzucił na mnie swoisty czar. Te kilkanaście stron, opisujące, jak życie zmieniło się i zwolniło w oczekiwaniu na wiadomość, która miała nadejść z nieba. Świat, który całkowicie się zjednoczył, zadbał o równy poziom życia dla każdego człowieka, wyhamował z pędu, który można obecnie zaobserwować i stworzył utopię. Tylko dlatego, że wiedział, że przez ponad sto lat będzie oczekiwał na wiadomość od kogoś, kto w momencie odebrania przez nas ich powrotnej wiadomości może już nie istnieć...
        Trudno jest mi napisać coś o tej książce pod względem formy. Są momenty, kiedy wyraźnie odczuwa się, że oryginał powstał we wczesnych latach 70., a tłumaczenie prawie piętnaście lat później. Jednak przedstawiona tam utopia wciągnęła mnie na tyle głęboko, bym przestała bardzo szybko zauważać tego typu mankamenty.
        Komu mogę polecić tą książkę? Na pewno fanom starszego science-fiction. Ale sądzę, że również każdemu, kto jest zmęczony tempem współczesnego życia i potrzebuje kilku godzin odpoczynku od niego. A także trochę nadziei, że jest szansa, iż kiedyś ten świat jednak trochę wyhamuje, a nie już na zawsze będzie biegł z każdym dniem coraz szybciej.
Z pozdrowieniami
Rosalie

czwartek, 4 grudnia 2014

Potępieni przez własne serca. "Only lovers left alive"

        
        Nie zamierzam poddawać własnego sumienia autodestrukcji i nazywać ten tytuł filmem o wampirach. To opowieść setki lat świetlnych oddalona od historii, z którymi spotykałam się do tej pory. Film rzeczywiście opowiada o istotach długowiecznych, które dnie przesypiają w swych kryjówkach, a nocą ożywają by oddawać się wyrafinowanym uciechom. Błędem byłoby jednak kojarzenie ich ze wzorem jaki ustanowił Bram Stoker, czy jego kolejni naśladowcy.
        Moim zdaniem streścić fabułę filmu, mówiąc że opowiada historię pary kochanków to jak powiedzieć, że Romeo i Julia byli sobie bliscy. Główni bohaterowie obdarzeni imionami protoplastów ludzkiego plemienia, są wykwintnymi koneserami życia o wielowiekowym stażu.  Wampiry Jima Jarmusha piją krew z małych kieliszków, ubrani w osiemnastowieczne podomki, otoczeni stosami książek. A wszystko w rytm psychodelicznej muzyki Jozefa van Wissema, którą Adam jako jej filmowy kompozytor nazywa pogrzebową.
        Adam (Tom Hiddleston) to skrzyżowanie Hamleta i dzisiejszego undergroundowego muzyka. Zamknięty w swoim domu w Detroit, nagrywa melancholijne kawałki i roztrząsa upadek dzisiejszego społeczeństwa. Zombie, czyli my ludzie, to w jego mniemaniu skarlały naród, który ucieka przed własnym potencjałem, zatracając wszystko co do tej pory udało mu się osiągnąć. Eva (Tilda Swinton) przybywa do Stanów z odległego Maroko, by ponownie złączyć się ze swym ukochanym. Miłośniczka literatury, stanowi kontrast dla Adama. On skryty w ciemnym domu, ona przechadzająca się wśród jasnych murów Tangeru. Przypomina mu, że świat nadal pełen jest nieznanych doznań. Razem przemierzają opustoszałe przedmieścia Detroit, dzieląc się wspomnieniami z przeszłości. Każdy moment przemieniają w pełne egzaltacji upojenie. Nawet wulgarne „fuck” w ich ustach brzmi jak fragment dzieł Szekspira.
        W filmie wszystkie sceny dzieją się w nocy, rozjaśnione bladym światłem lamp. Czy to wśród porzuconych fabryk Detroit, mieszkaniu Adama, czy w cichych uliczkach Tangeru, zawsze panuje tam półmrok. Wywołuje to niesamowity nastrój, jakby wszystko co widzimy działo się w innym, odrealnionym świecie. Wraz z pobrzmiewającą w tle muzyką i pełnymi pietyzmu gestami bohaterów, powoli zapada się trans, który trwa nadal po zakończeniu filmu. Nawet głośne zachowanie Avy, młodszej siostry Evy, tak gwałtowne i pozbawione charakterystycznej dla filmu celebracji, nie wyzwala spod czaru, jaki już rzucono.
        Wedle mojego uznania „Tylko kochankowie przeżyją” to pozycja bardzo znacząca. Nie jest nastawiona wyłącznie na pokazanie widzowi, tego co chciałby ujrzeć. Kolejnych znanych aktorów, wrzuconych w wir akcji, równie przewidywalnej jak kac po zakrapianej imprezie. To właśnie jest skażenie, którym tak gardzi Adam. Nic nowego, odkrywczego, wykraczającego poza przyjęte ramy, zawsze biegnące utartym schematem. Tutaj para kochanków, stara się nadal smakować życie poprzez sztukę, muzykę i obserwowanie przyrody. Dla niektórych może być to nuda, która już po kilku chwilach przyprawi o senność. Jeżeli jednak są osoby pragnące na chwilę się wyciszyć i podążyć ścieżkami Adama i Evy, którzy wciąż na nowo odkrywają cuda wszechświata to gorąco polecam ten film. 
Ethlinn