sobota, 11 lipca 2015

Podręcznik gajdzina, jak być obcokrajowcem w Japonii i przeżyć – „Bezsenność w Tokio”


Wiem, że dla większości wszechświata nie ma różnicy czy Japończyk, Chińczyk, Taj czy Koreańczyk. Wszyscy są żółci, mówią i piszą w nieludzkim języku, jedzą dziwne rzeczy i mają obecnie wszystkie fabryki świata na swoim terytorium. Dla tych, którzy nie lubią opierać się tylko na stereotypach i plotkach mam książkę, która wedle reguł oświecenia uczy i bawi. W dodatku robi to w 100% polskim stylu, bo autor Polakiem jest i wcale się z tym nie kryje. Przy okazji mamy możliwość poznać fachowe stanowisko przedstawicieli Irlandii, USA i kilku innych państw, wobec kwestii jak w Japonii przeżyć.
Ale od początku, Michał Bruczkowski był studentem anglistyki, który postanowił zbadać kulturę kraju odległego od Polski o lata świetlne mentalności. Miał być tam rok, w sumie spędził jakieś 10 lat. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego. Może był to sprawdzian swojej cierpliwości w walce z miastem, w którym obcokrajowca traktowano z paniczną grzecznością, uciekając przed nim tak szybko jak się dało. Brzmi dziwnie? Cóż ujmę to nieco inaczej, Japończycy to niesamowity i silny naród, ale jak wszyscy mają też swoje wady. Przez lata wytworzyli swój własny system działania wszechświata i wszystko co może go zaburzyć jest równie przerażające co osławiona Godzilla. Strach bierze się z lęku przed nieznanym, a tym jest właśnie jakiś tam Polak próbujący kupić sobie nowe mieszkanie w jednej z tokijskich dzielnic. Co będzie jeśli wejdzie w butach na drogocenne i święte maty tatami, a jeżeli o zgrozo pomyli kapcie od łazienki z kapciami od WC? 
Obecnie książka Bruczkowskiego jest już nieco nieaktualna, gdyż od opisanych w niej wydarzeń minęło ponad 20 lat. Nie zmienia to faktu, że możemy zajrzeć za kurtynę  japońskiej mentalności i nauczyć się jak pokonać ich własną bronią. Dla każdego gajdzina (skrót oznaczający właśnie obcokrajowca) jest to skarbnica wiedzy niezbędnej do przeżycia w wielkim Tokio. Zawarte w niej historie opisują problemy życia codziennego i skuteczne metody ich rozwiązywania, które społeczność gajdzinowska wypracowała na podstawie własnych doświadczeń, Gdzie iść się umyć (maleńkie mieszkania, zwykle nie mieściły czegoś tak podstawowego jak łazienka ani nawet ubikacja), jak można zdobyć niemal nowy sprzęt stereo lub telewizor, czy w Japonii opłaca się podróżować autostopem i co wiadomo na temat automatów stojących niemal wszędzie? 
Olbrzymie poczucie humoru i dystans do samego siebie z jakim autor opisuje swoje zmagania z Krajem Wschodzącego Jena sprawia, że książkę pochłania się strona za stroną i pokłada ze śmiechu. Momentami brzmiałaby ona jak powieść si-fi z innej planety, gdyby nie fakt, że opisywane są zupełnie przyziemne sprawy. Polecam bo nie sposób się nudzić, gdy czyta się opis parapetówki oblewanej polską Żubrówką, wyszperaną w monopolowym, jako trunek bardzo egzotyczny i z pewnością odpowiedni dla niepoczytalnych gajdzinów. Nippon banzai
Ethlinn


piątek, 3 lipca 2015

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” – miejsce, gdzie na wschód słońca czeka się 4 miesiące…

        Czy człowiek może przeżyć kąpiel w Morzu Arktycznym? Jak wierzyć zegarkowi, który pokazuje godzinę dwunastą w nocy, gdy za oknem w najlepsze świeci słońce? (Co więcej, wiesz, że nie zniknie ono z nieboskłonu jeszcze przez dobre parę miesięcy.) Dlaczego w okolicy nie ma ani jednego kota? Co zrobić gdy budząc się rano staniesz oko w oko z niedźwiedziem polarnym w swoim namiocie? Jeżeli ktoś nie boi się mrozu i nocy polarnej, a interesuje go coś więcej niż ogródek za oknem, witamy na archipelagu Svalbard. Norweskiej prowincji położonej mniej więcej pomiędzy Grenlandią, północnym czubkiem Ziemi (popularnie zwanym Arktyką) i samą Norwegią. W miejscu, gdzie jest więcej skuterów śnieżnych niż ludzi, a populacja niedźwiedzi przewyższa liczbę mieszkańców o jakieś pół tysiąca osobników.      
Tylko żeby nie było nieścisłości, Spitsbergen Norwegii podlega, na jego terenie swą siedzibę ma tamtejszy gubernator, ale na miejscu okazuje się, że to tak naprawdę narodowościowy tygiel. Przedstawiciele prawie pięćdziesięciu państw na jednej wyspie, która właściwie nie obfituje w żadne nadzwyczajne rozrywki. Żeby było jeszcze śmieszniej największą grupę obcokrajowców stanowią Tajowie. Dlaczego to takie zabawne? Bo to najdalej wysunięte na północ skupisko Homo sapiens. Latem średnia temperatura oscyluje w okolicach 5 stopni. Prawie pół roku panuje dzień polarny, a przez drugie pół po czarnym niebie tańczy zorza. Brzmi nieziemsko? Dla niektórych na pewno.
Autorka, mieszkająca na Spitsbergenie od jakiś 5 lat dostrzegła potencjał w tej zimnej skalistej wyspie. Stworzyła dwustu stronicowy reportaż opisujący wyspę i rządzące nią prawa, ale przede wszystkim zebrała historie zamieszkujących ją ludzi. Zarówno tych nam współczesnych, jak i jej odkrywców, górników z radzieckiej osady Piramida, czy kilkunastoosobowej grupki młodych mężczyzn, którzy w dziwnych okolicznościach pożegnali się z życiem, zimując w świetnie zaopatrzonej chacie.  Co sprawia, że co roku wyspę odwiedzają tabuny turystów? Co prawda tylko na chwilę, bowiem tylko nielicznym odpowiada tamtejsza aura i surowe warunki życia. Zdarzają się jednak tacy, których koleje życia wyrzuciły na tutejszy brzeg, niczym drewniane kłody, które morskie fale przynoszą na Spitsbergen wprost z rosyjskiej tajgi. Przyjechali i zostali lub regularnie wracają. Książka opisuje ich historie, które często spotykamy i w naszym życiu. Jednak klimat wyspy i genialny język, którym posługuje się autorka sprawiają, że z żalem odkładam ją, gdy muszę wyjść z domu i przerwać czytanie.
Mimo, że wszystko dzieje się na naszej swojskiej Ziemi w XXI wieku, trudno sobie wyobrazić, że można mieć zupełnie inne potrzeby i problemy w życiu codziennym. Dla miłośników podróżowania pozycja bardzo wskazana. Dla tych, którzy chcą poznać detale wspomnianych przeze mnie opowieści gorąco polecam.

Ethlinn